Prekariat an sich

W dyskusjach po felietonie o prekariacie pojawiały się pytania o znaczenie tego neologizmu oraz o potrzebę wprowadzania nowego pojęcia. Stąd notka edukacyjna.
W dyskursie (post/neo)marskistowskim dawno już pojawiło się pojęcie „salariatu” jako zamiennika „proletariatu” – pojęcia, które pod koniec zeszłego stulecia z różnych powodów zaczęto uważać za przestarzałe. Nie do końca się z tym zgadzam, bo przecież ten klasyczny proletariat nadal istnieje, tylko że dzisiejszy Manchester nazywa się Shenzhen.
Mniejsza z tym jednak – faktycznie, pojęcie proletariatu robi się coraz mniej użyteczne, gdy chcemy opisywać kraje Zachodu. Do których od pewnego czasu wlicza się Polska.
Pojęcie „salariatu” wprowadzono jako współczesny zamiennik tak dawno, że zetknąłem się z nim jako naprawdę młody człowiek. Chodzi po prostu o „pracowników najemnych”, traktowanych jako klasa „ludzi pobierających pensję”, odrębna od klasy „ludzi wypłacających pensję”. Między nimi oś konfliktu klasowego widzi współczesny (post/neo)marksista.
Prekariat wprowadził stosunkowo niedawno prof. Guy Standing jako przeróbkę salariatu, przez wprowadzenie rdzenia pochodzącego z łacińskiego „precarius”. Od salariatu odróżnia go właśnie skrajna niepewność.
Salariusz wie, w jakim dniu miesiąca może się spodziewać jakiego przelewu. Z tym oczywiście może być różnie, ale istnieją ustawowe zabezpieczenia, z których salariusz może skorzystać.
To pozwala salariuszowi np. wziąć kredyt albo zaplanować wakacje. W razie kłopotów życiowych może pójść na płatne zwolnienie lekarskie, albo zwrócić się o pomoc do zakładowego funduszu socjalnego, który też działa z mocy ustawy.
Prekariusz jest w razie kłopotów zdany na siebie. Wypłaty dostaje nieregularnie. Każda może być ostatnia, bez żadnej odprawy czy wcześniejszego uprzedzenia. Pracodawca ma milion sposobów, żeby mu nie zapłacić wcale albo zapłacić mniej, niż się teoretycznie umawiali.
Oczywiście, prekariusz mógłby – znów teoretycznie – wygrać sprawę w sądzie. Ale prekariat często sam z siebie jest nielegalny. Jeśli ktoś wchodzi w taki układ, to nie po to, żeby bronić swoich praw – prekariusz w to wchodzi, bo portfel  jego praw zajumał mu kieszonkowiec, znany w półświatku pod ksywką „Niewidzialna Ręka Rynku”.
Kiedyś śmieciówki i praca na czarno były tylko etapem życia, po którym młody człowiek wreszcie znajdował pracę. W Polsce już mamy pokolenie, które wjechało tak w trzydzieste urodziny i właśnie sobie uświadamia, że nic nie wskazuje, że do czterdziestki coś się znacząco poprawi (nie tylko w Polsce, ale Polska ma tu swoją specyfikę).
Na pierwszy rzut oka oznacza to cofnięcie sytuacji tych ludzi do głębokiego XIX wieku, zanim stosunki pracy zaczęły regulować postępowe ustawy w rodzaju brytyjskich Factory Acts. Pod jednym względem mają jednak gorzej od pracownika dziewiętnastowiecznego.
W dwudziestym wieku te osiągnięcia uważano za tak bardzo nieodwracalne, że wiele instytucji społecznych tworzono wychodząc z założenia, że każdy ma ustawowo zamocowany etat (w Stanach oznacza to, że pracuje w branży chronionej przez związki). System emerytalny, medycyna pracy, BHP, kredyt hipoteczny – wiele spraw drobnych i małych wymaga okazania „umowy o pracę”.
Prekariat jest więc grupą wymykającą się dotychczasowym stratyfikacjom. Część tej grupy to dawna klasa robotnicza, część to dawna niższa klasa średnia. Położenie społeczne i zarobki są w tej grupie bardzo zróżnicowane, od poziomu straszliwego po poziom, w którym singiel jakoś tam sobie poradzi.
To nie znaczy jednak, że pojęcie nie ma sensu. Gdyby nagle społeczeństwo uznało, że wszyscy rudowłosi mają być pozbawieni prawa do urlopu i zdolności kredytowej – też stanowiliby przypadkową i niejednorodną grupę. Ale samo ustawienie ich poza marginesem tak wielu społecznych instytucji szybko z rudowłosych zrobiłoby tak zwaną (za czasów Marksa) klasę „an sich”.
Społeczeństwo na razie udaje, że nie dostrzega w pokoju dorodnego słonia, którego samo sobie wyhodowało. Póki kwestia umów śmieciowych nie stanie się jednym z najważniejszych elementów debaty o reformie emerytalnej, cała debata tak bardzo nie ma sensu, że nie zamierzam jej zaszczycać maniem (ani też nienamiem) swojego zdania.
A to tylko jedna z wielu takich debat o irrelewantności narastającej w miarę tego, jak kolejny polski prekariusz celebruje uroczysty jubileusz dziesięciolecia pracy na śmieciówce.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz