Nie ma nowoczesności bez squatowości

Niniejsza notka będzie próbą wyjaśnienia, dlaczego squaty są nam wszystkim potrzebne w taki sposób, żeby to dotarło nawet do pani prezydent. Istnieje wiele argumentów, którymi łatwo do tej tezy przekonać żiżkologów lacanistycznych, idzie jednak o przekonanie ludzi spoza tego kręgu.
Marzenie o polskiej modernizacji – bliskie pani prezydent, panu prezydentowi, panu premierowi i w ogóle wszystkim świętym – streszcza hasło rzucone przez dawnego ministra ds młodzieży Aleksandra Kwaśniewskiego, żeby w Polsce „stworzyć firmę, która powtórzy karierę Apple’a”.
Jako osoba, która sporo czytała o historii Apple’a i Krzemowej Doliny mogę wymienić wiele przeszkód, dla których hasło Kwaśniewskiego ciągle nie może być wcielone w życie. Otóż jedną z tych przyczyn jest niedostatek squatów.
Na pierwszy rzut oka wydaje się, że Inżynier Od Komputerystyki to ktoś, komu squaty nie są do niczego potrzebne. Mogą w nich, owszem, mieszkać jacyś udziwnieni lewacy, ale inżynierowie? I to jeszcze tacy modernizacyjni? Przecież im będzie tam niewygodnie prasować koszulę do garnituru.
Otóż jeśli zamiast fantazjować o modernizacji przyjrzymy się faktom z historii Krzemowej Doliny, znajdziemy tam wielu młodych ludzi, dla których faza mieszkania na squacie była bardzo ważnym etapem osobistego rozwoju. Tak ważnym, że nie wiadomo, czy bez niego w ogóle zapisaliby się w historii informatyki.
Osobom bardziej zainteresowanym tematem polecam książkę „Fire In The Valley”. Osobom średnio zainteresowanym polecam stosowny rozdział z mojej książki, „Ameryka nie istnieje”. Osobom zainteresowanym tak tylko na jedną notkę, polecam historię Lee Felsensteina. Zaręczam, że jest typowym przykładem dla szerszego zjawiska.
Felsenstein był wśród 768 studentów Berkeley aresztowanych podczas strajku okupacyjnego w 1964 (na który przyjechała z koncertem sama Joan Baez). Był związany z radykalną lewicą, propagującą tak wywrotowe hasła, jak przyznanie czarnoskórym prawa do głosu.
W rezultacie odpadł z uczelni i mieszkał w różnych zakątkach aglomeracji San Francisco, także na squatach w podupadłej wówczas dzielnicy Mission (w której dziś są drogie mieszkania między innymi dlatego, że młodzi inżynierowie chcą mieszkać tam, gdzie kiedyś squatowały legendy Krzemowej Doliny).
Felsenstein dorywczo pracował w firmie Ampex, społecznie zaś udzielał się w podziemnej prasie lewicowej. Obie rzeczy – technologię i niezależny obieg informacji – połączył w 1973 roku współtworząc w Berkeley pierwsze komputerowe forum dyskusyjne Community Memory.
„Komputerowe” a nie „internetowe”, bo tworzył je terminal znakowy podłączony do komputera SDS-940, który lewackim inżynierom udostępnił Douglas Engelbart, wynalazca myszki i okienkowego systemu operacyjnego. Jego uczelnia lekceważyła te wynalazki, pracownia Engelbarta była więc w trakcie likwidacji, przez co komputer znalazł się w księgowej czarnej dziurze. Engelbart uznał, że mógłby w tym czasie robić coś pożytecznego.
Jako pierwsze forum świata, Community Memory rozpoznało temat bojem, między innymi po raz pierwszy ujawniając problem trollingu, offtopiczności i moderacji. Te doświadczenia przydały się poźniejszym organizatorom takich serwisów.
Później Felsenstein był jednym z organizatorów komputerowego klubu Homebrew. To ważne dla tej opowieści, trudno sobie bowiem wyobrazić rozwój firmy takiej jak Apple bez tego klubu. To na jego spotkaniach Wozniak i Jobs zdobywali swoich pierwszych klientów.
Media skupiają się tylko na wyróżnionych przykładach ludzi takich jak Gates czy Jobs, tworząc fałszywy obraz technologicznej modernizacji, w którym nie pokazuje się ludzi takich jak Felsenstein.
Może nigdy nie założył on własnego megakorpa, ale wymyślił kilka dynksów, z których korzystali potem projektanci komercyjnych maszyn (nawet tacy z Apple, Atari i Commodore). Zaprojektował też komputer Osborne 1, praojca wszystkich dzisiejszych laptopów.
Konkludując: kreatywni młodzi ludzie czasem potrzebują szansy, żeby móc porzucić studia, zaznać trochę bohemicznego życia, przemyśleć priorytety i np. założyć firmę, która powtórzy karierę Apple’a. Albo choćby wymyślić kilka rozwiązań, z których skorzystają założyciele takiej firmy.
Wtłaczając młodych ludzi od najmłodszego w korporacyjne ramy, wychowamy ich na przedstawicieli handlowych firmy Apple, ale nie na założycieli firmy Apple. Nie będzie polskiego Jobsa bez polskich Felsensteinów. A Felsensteinów nie będzie m.in. bez kontestującego środowiska zajmującego pustostany (i władz miejskich przychylnych temu zjawisku).

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz