Nauczyciele – nie dajcie się!

Trzymam kciuki za nauczycieli w ich obronie „Karty Nauczyciela”. W czasach, w których człowiek nic nie może zrobić poza napisaniem blognotki, pozwolę sobie wyrazić votum separatum wobec neoliberalnej nagonki.
Zakładam, że ludzie, którzy przyjmują argumenty Balcerowicza za dobrą monetę, rzadko odwiedzają szkoły. Samo przebywanie w szkole podczas przerwy, gdy jednocześnie ryknie ryk setek uwolnionych dziecięcych gąb i tupnie tupot dwakroć więcej uczniowskich nóg, eliminuje we mnie jakąkolwiek zazdrość na punkcie długiego urlopu, niskiego pensum, niezwalnialności, czy czym tam jeszcze neoliberałowie szczują opinię publiczną na nauczycieli.
Godzina przepracowana w budynku szkolnym jest dla mnie jak dziesięć godzin przepracowanych w klimatyzowanym, zacisznie położonym, wyposażonym w podziemny parking, dobrze zaopatrzoną stołówkę, fitness i basen do zrzucania kalorii nabytych w miejscowej kawiarence, oferującej zdradziecki torcik bezowy „chmurka”, budynku redakcji.
Czuję zażenowanie, gdy czytam publicystki wypominające nauczycielom „urlopy dla wypalonych zawodowo”, „osiemnastogodzinne pensum” i „długie wakacje”. Wiem, w jakich warunkach one pracują i wiem, w jakich pracują nauczyciele.
Dla mnie to jest jak przelicznik 10:1. Jedną godzinę przepracowaną w szkole zamieniłbym na dziesięć przepracowanych w redakcji. Z punktu widzenia dziennikarza, pensum nauczyciela to co najmniej 180 godzin tygodniowo.
Urlop za wypalenie zawodowe? Należy im się. Kto wątpi, niech się zgłosi na ochotnika do pomocy przy organizacji jakiejś imprezy szkolnej. W ogłuszającym hałasie niech spróbuje przez choćby godzinę okazywać cierpliwość dwudziestce czy trzydziestce dzieci, które wszystkie na raz coś będą chcieć – skacząc po stołach, podstawiając sobie nogę, puszczając Gotye z komórki i wołając „proszę pana, a on się przezywa”.
Dominiko Wielowieyska, Agato Nowakowska, profesorze Balcerowicz – bardzo proszę. Spróbujcie. Opowiedzcie potem, ile takich godzin dziennie jesteście w stanie wytrzymać. I po ilu latach tak przepracowanych pójdziecie już nawet nie na urlop dla wypalonych, tylko na zwolnienie lekarskie od psychiatry.
Wymagamy od nauczycieli, żeby każde dziecko z osobna traktowali jako indywidualność. Żeby pomagali najsłabszym i zapewniali dodatkowe zajęcia dla najzdolniejszych. Żeby analizując detale niczym Sherlock Holmes wyczuwali, że jakieś dziecko jest poza lekcjami bite, prześladowane, molestowane (klasyczna prasowa formuła: „dlaczego szkoła nic nie zauważyła”).
I wszystko to, oczywiście, nauczyciel ma robić pracując w ciągłym stresie i hałasie kilkadziesiąt godzin tygodniowo. Zarabiając 1600, bo „w polskich warunkach 1600 to dużo”, ocenia Jeremi Mordasewicz.
A w wolnym czasie… nie no, jakim wolnym czasie. Nauczyciel co ma w wolnym czasie? Nauczyciel ma w wolnym czasie trenować młodych piłkarzy. No na litość boską, Karta Nauczyciela odpowiada za niski poziom futbolu – może jeszcze za deszczowy czerwiec?
Mam swoje lata, więc z pozycji rodzica obserwuję trzy szczeble szkolnictwa. Widzę w liceum wysiłek nauczycieli grających wbrew systemowi, który nakazuje im skupiać się na przygotowaniu do bezmyślnego zdawania matury – i przemycających treści ponadprogramowe, np. z matematyki, żeby uczniowie rachunek różniczkowy jednak liznęli zanim zacznie się rzeźnia na studiach.
Nikt im za to nie podziękuje, bo z punktu widzenia systemu marnują czas, w którym powinni tresować małpy do rozwiązywania testów. Robią to, bo autentycznie im zależy, żeby na uniwerek czy polibudę wysłać młodych ludzi z jakąś tam wiedzą, a nie tylko z piątką z matury.
Widzę nauczycieli gimnazjum – którzy usiłują kontrolować tłum dryblasów, których strach byłoby spotkać w ciemnej uliczce. Gdy w grze komputerowej „Deux Ex” rozwiążemy jakąś groźną sytuację stosując wyłącznie werbalną perswazję, dostajemy +1000 XP za sprawność „srebrnego języka”. Pensum gimnazjalnego nauczyciela w tej skali to jakiś milion punktów dziennie.
Z jakimi problemami styka się codziennie nauczyciel podstawówki – to nie jest na blogonotkę, to na książkę. Albo raczej na roczny urlop na odzyskanie zdrowia psychicznego.
Nie wiem, jak kierujący się dobrą wolą obserwator może nie widzieć w szkole tego, co ja. Ale wiem, że likwidacja Karty Nauczyciela nie wyjdzie na dobre rodzicom ani uczniom.
Na dobre wyjdzie samorządowcom, którzy zaoszczędzą na wydatkach na edukację. Adam Leszczyński optymistycznie zakłada, że wydadzą to na budowę chodników – ja podejrzewam jednak, że na nagrody kwartalne dla siebie.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz