Wygraliśmy

Zombie atakuja w Warszawie

Nie śledziłem oczywiście samych meczów, ale kibicowałem w tych mistrzostwach – Polsce, Warszawie, budowlańcom, wolontariuszom i oczywiście policji. Czy są gdzieś do kupienia szaliki dla ultrasów kibicujących Oddziałom Prewencji?
Jak już kiedyś pisałem na blogu – uważam siebie za patriotę, ale nie od tradycji półmózgów od nieudanych powstań i zwalania na innych winy za swoje nieudacznictwo. Patriotyzm powinien polegać na tym, że się żyje dla kraju, a nie że się dla niego umiera.
Od lat marzy mi się Polska autostrad, po których pomykają lśniące nówki, knajpianych ogródków z WiFi, szybkiej kolei miejskiej, studentów robiących flash moby i zakładających start-upy. Polska, w której większość społeczeństwa sytuuje się na różnych szczeblach klasy średniej, a ultrabogaci oligarchowie i infraubodzy wykluczeni stanowią jakieś rozsądne minimum (najlepiej – nie ma ich wcale, ale rozumiem, że w kapitalizmie tak się do końca nie da).
Słowem – normalny kraj, w którym ponura historia zredukowana jest już tylko do folkloru, jak rocznica spisku prochowego czy karnawał w Nadrenii. Jeszcze tam nie jesteśmy, ale jesteśmy znacznie bliżej, niż w 2006, gdy zakładałem bloga (zaksięgujmy tę notkę jako notkę rocznicową).
Dla Warszawiaka tłum kibiców na Placu Defilad był niezwykłym wizualnym przełamaniem symbolu. Jeszcze dwa tygodnie temu „tłum na Placu Defilad” kojarzył się z archiwalnymi zdjęciami ze spontanicznego wiecu, na którym Władysław Gomułka ogłaszał swój powrót do władzy.
Po raz pierwszy tak wielki tłum zgromadził się na tym placu tylko dla rozrywki. Nie chodziło o politykę, nie chodziło o Ojczyznę, nie chodziło o żadne kolejne wielkie Teh Drama i Serious Business, tylko o łyk piwa i wrzask „gol”. Nie moja filiżanka herbaty, ale moja radość, że dożyłem takich czasów.
Ilustruję notkę zdjęciem wczorajszego Zombie Walk, ukradzionym ze strony znajomego (który, mam nadzieję, po znajomości wybaczy i podlinkowanie uzna za rekompensatę własności intelektualnej). Z Euro nie ma nic wspólnego poza zbieżnością czasu i miejsca, ale to właśnie jest piękne.
Nie jesteśmy Pekinem czy Donieckiem, w którym podczas wielkiej popieranej przez władze imprezy sportowej dzieje się tylko to, co oficjalnie władze popierają w ramach wielkiej imprezy sportowej. Zetknąłem się z głosami krytyki, że samorząd Warszawy przygotował za mało atrakcji między meczami i goście będą się nudzić.
Nudzić? W Warszawie? Człowieku, idź się pogapić na Zombie Walk, kup domowe przetwory na imieninach Joli Bord, w Łazienkach masz noce z lampionami, przejdź się do knajp nad Wisłą. Jak Cię Gronkiewicz nie poprowadzi za rączkę, to sobie nic ciekawego nie znajdziesz?
Pamiętam szarą Warszawę lat osiemdziesiątych. Centrum miasta kompletnie zamierające, gdy „z ogonków wycofały się frasobliwe kolejek Madonny”. Zrobienie wtedy Zombie Walk nie miałoby sensu, bo Warszawa i bez tego wyglądała jak miasto duchów.
Pamiętam przerażający, cuchnący syf warszawskich dworców. Gdyby człowieka machiną czasu przenieść z lat osiemdziesiątych na dzisiejszy Wschodni czy Centralny, będzie się czuł jak Hal Bregg w „Powrocie z gwiazd”.
Tylko Zachodni zachował peerelowską obskurność, ale to jak na Kreuzbergu – enklawy obskurności nabierają nostalgicznego uroku. Zanim już wszystko przerobią na oddział Citibanku i kawiarnię Starbucks, ostatni raz spójrzmy na zabytkowy brud i smród.
Euro było okazją, żeby zobaczyć, jak Warszawa wypiękniała w Trzeciej Rzeczpospolitej. To idzie tak stopniowo, że nie było okazji do świętowania – bo jak skończyli remontować Krakowskie to rozkopali Świętokrzyską, jak skończyli pierwszą linię metra to zaczęli drugą, skończyli Północny to będą zamykać Grota.
Okazję sztucznie wytworzyły nam machinacje ukraińskich oligarchów i macherów z PZPN. No i dobrze, lepsza taka niż żadna. Dla mnie Euro było celebracją ponownego odrodzenia Warszawy, która – tak jak cały kraj – ma obecnie najlepszy okres w swojej historii.
Oby tak jak najdłużej zostało.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz