Etyka dziennikarska w świetle Amber Gold

Śledzę z wielkim zainteresowaniem wypowiedzi prokuratorów i sędziów wyjaśniających, dlaczego nie mają sobie nic do zarzucenia w sprawie Amber Gold. Piszę to bez sarkazmu, przecież każdy system będzie bezbronny wobec konsekwentnego oszusta, którym jawi się P. vel S.
Dołączę do tego fenomenu i pozwolę sobie wyrazić opinię w sprawie roli mediów w tej aferze. Które akurat zachowały się najlepiej z wszystkich instytucji społecznych – bo ostrzegały od samego początku, co P. vel S. zręcznie przedstawiał jako „medialną nagonkę”.
Mój kolega Maciej Samcik przygotował sobie nawet na blogu tabelkę, w której linkuje do wszystkich swoich tekstów ostrzegających przed lokowaniem oszczędności w parabankach. W dyskusji na blogu włącza się czasem reporter śledczy TVN Szymon Jadczak.
To nie są jedyni dziennikarze, którzy ostrzegali przed Amber Gold i Finroyal, ale po prostu ich nazwiska pierwsze mi przyszły do głowy. Poszkodowani nie mogą twierdzić, że nikt ich nie ostrzegał, skoro ostrzegały ich czołowe media, tłumacząc tak łopatologicznie, że ostatni idiota powinien zrozumieć, że sprawa śmierdzi.
Media oskarżane są jednak o to, że gdy ich dziennikarze ostrzegali – ich sprzedawcy przyjmowali od Amber Gold ogłoszenia. Te oskarżenia wynikają z niezrozumienia podstawy etyki mediów, które tu przypomnijmy może ku potomności, bo to umrze razem z tradycyjnymi mediami.
Podstawą etyki mediów jest metafora „chińskiego muru” między ludźmi podejmującymi decyzje biznesowe (wydawnictwem), a ludźmi podejmującymi decyzje merytoryczne (redakcją). Piękne karty z historii etyki mediów, jak obnażenie metod senatora McCarthy’ego, Watergate, nagłośnienie przez Sunday Times szkodliwości talidomidu czy ujawnienie zeznań insidera w przemyśle nikotynowym, to jednocześnie historie działania na szkodę biznesowych interesów wydawcy.
Chiński mur powinien być obustronny. Polega na tym, że szef działu sprzedaży nie może zadzwonić do Samcika i poprosić go, żeby swoimi tekstami nie wkurzał cennego ogłoszeniodawcy. Ale też Samcik dzwoniąc do działu sprzedaży i mówiąc „nie bierzcie od nich reklam, to jacyś oszuści”, łamałby zasady gry.
Chińskiego muru nie wymyślono dla mediów, tylko dla bankowości, bo tam mamy podobny paradoks – bank powinien budzić zaufanie klienta, ale jednocześnie na zimną logikę, najlepiej zmaksymalizuje zyski ordynarnie robiąc go w bambuko. I banki ciągle są na tym przyłapywane.
W filmie „Margin Call” widzimy właśnie wielkie burzenie chińskiego muru – brokerzy ruszają do namawiania klientów na zakup papierów (bez)wartościowych. Dlatego Kevin Spacey stawia taki opór, bo ma złamać zasadę, którą całe życie uważał za świętą – a Jeremy Irons z takim naciskiem powtarza „this is it”, bo jako prezes banku wie, że tę świętą zasadę stworzono właśnie po to, żeby ją łamać w takich chwilach.
Tak naprawdę pytanie jednak brzmi: dlaczego chiński mur w ogóle działa? W krótkiej perspektywie się nikomu nie opłaca, a w dłuższej – wszyscy będziemy martwi. W tradycyjnych mediach to jednak jest ciągle jeszcze przestrzegane, nawet w Polsce, nawet w kryzysie, o czym świadczy właśnie sprawa Amber Gold.
Internetowe media 2.0 nawet nie próbują udawać, że chcą odtwarzać etyczny chiński mur. W internetowym dziennikarstwie nie wypracowano standardu praktyki oddzielania materiałów sponsorowanych od materiałów redakcyjnych – a komercyjna blogosfera póki co sprowadza się do zacierania tej różnicy.
Kto wie, może historycy mediów będą w przyszłości pisać, że to była już ostatnia większa afera, przy której jeszcze było widać działanie chińskiego muru w mediach. Dlatego załączam jego najpiękniejsze popkulturowe przedstawienie, jakie znam – Ala Pacino zadającego swojemu szefowi fundamentalne pytanie, „are you a bussinesman, or a newsman?”.
Kochajmy zasady etyczne, póki jeszcze ktokolwiek próbuje ich przestrzegać. Ale pamiętajmy, że w mediach ich podstawą jest nie tylko to, że biznesmen się nie wtrąca do niusów, ale także to, że dziennikarz się nie wtrąca do biznesu.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz