The lovers rosy stain (errm… huh?)

Pierwszy ranking od czapy na swym blogu poświęciłem filmom z Bondem. Przez następne pięć lat wielu rzeczy było tutaj aż za wiele, ale z pewnością nie Bonda. Tegomiesięczny ranking poświęcę więc tematyce banalnej, ale zawsze na czasie, czyli – bondowskim piosenkom!

Mówią, że „the golden age of science fiction is twelve”. W takim razie „the golden age of James Bond movies is sixteen”. Mam szczególny sentyment do „View To A Kill”, pewnie dlatego, że był to pierwszy Bond obejrzany przeze mnie w kinie, gdy byłem w dodatku w odpowiednim targecie wiekowym.
Sentyment mam zwłaszcza do tytyłowej piosenki. To był pierwszy i przedostatni bondowski temat utrzymany w stylu synthpopu lat osiemdziesiątych (druga i ostatnia to „Living Daylights”). Tylko w tej jednak wykorzystano syntezatorową zabawę w imitowanie wystrzału z pistoletu, a Bond bez klamki jest jak Bourne bez amnezji.
Tekst zaś jest wspaniałą mieszaniną absolutnej szmiry z kunsztem, który tej szmirze nadaje pozór artyzmu. Dokładnie tak samo, jak w filmach o 007 całkowicie idiotyczna fabuła wydaje się strawna tylko dzięki bardzo starannej realizacji.
„Szansa na odnalezienie feniksa do płomienia” – to nawet całkiem ładna metafora. Najładniejsza z całego tekstu zresztą, ale jakoś się to wszystko układa w opowieść o zabójczej miłości i tańcu wśród ognia. Przy akompaniamencie huku upadających marzeń…

Ponadczasowym klasykiem jest pieśń o tym, że diamenty – w odrożnieniu od niestałych mężczyzn i ich bezwartościowej „miłości” – są wieczne. Już się tu kiedyś zachwycałem głosem Shirley Bassey.
Jest tak potężny, że gdy śpiewa „loooove”, pękać mogą kryształy, niczym w komiksach o Tintinie, gdy śpiewa Bianca Castafiore. Producenci Bondów wrócili do niej (jak dotąd nie spotkało to żadnego innego wykonawcy), bo już wiedzieli, że to ideał, a bardzo im zależało na sukcesie „Diamonds are Forever”, bo seria była wtedy w pierwszym poważnym kryzysie.
Jestem głęboko przekonany, że żeby być wybitnym artystą, trzeba w życiu coś przeżyć. Cierpienia księżniczki z krakowskiej dynastii artystów, która leży na hamaku w Tajlandii i ubolewa nad ciężarem egzystencji, po prostu nie wystarczą.
Shirley Bassey przyszła na świat w „pokoju nad burdelem” w dzielnicy portowej w Walii, jako szóste dziecko w patologicznej rodzinie. Jej ojciec był marynarzem, który pochodził z nigeryjskiego klanu Bassey. Nie zdążyła go poznać – mister Bassey ruszył w świat, gdy Shirley miała dwa lata. To dopiero nadaje kontekst pieśni o męskiej niestałości…

Bondy zawsze balansują na krawędzi campu i autoparodii. Przecież wystarczy, że dokładnie te same miny i ruchy będzie wykonywać Leslie Nielsen czy Rowan Atkinson, zaczniemy rżeć ze śmiechu jeszcze zanim pojawi się prawdziwy dowcip.
Z bondowskiej klasyki najdalej tę granicę spenetrował „The Man With The Golden Gun”. Za to go sobie prywatnie cenię – a także jego piosenkę, wykonywaną przez Lulu (zawsze większy szacun ma u mnie ktoś, kto takim pseudonimem zastępuje prawdziwe nazwisko Marie McDonald McLaughlin Lawrie – niż ktoś, kto robi odwrotnie).
„The Man With The Golden Gun” to antypody „Diamentów”. Częstochowskie rymy pokazują, że nikt tej opowieści nie traktuje serio.
Moja ulubiona zwrotka to: „Love is required whenever he’s hired / comes just before the kill / no-one can catch him, no hit man can match him / for his million dollar skill!”. Ale nie zapomnijmy o reprise, w której gdy już James konsumuje znajomość z panną Goodnight, rozlega się śpiew: „Goodnight, goodnight, sleep well my dear / No need to fear, James Bond is here”. Bardziej campowo mógłby to zaśpiewać już tylko Jerzy Połomski.

Honorejbl menszynów będzie za dużo, żeby wymieniać, ogólnie tylko wyrażę aprobatę dla współczesnych piosenek z tej serii. I już się nie mogę doczekać, co z tym zrobi Adele. Może ktoś już to w ogóle słyszał i się podzieli wrażeniami?

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz