Felix, Net i Zagadka

Sprezyna z multitoolem

Jak wiadomo m.in. z flejmów, które na ten temat toczyłem w różnych zakątkach interwebsów, lubię cykl młodzieżowych powieści „Felix, Net i Nika”. Jego pomysł jest pozornie bardzo prosty: to propedeutyka fantastyki dla nastolatków, czyli przenoszenie konceptów znanych nam z „dorosłego” science-fiction do prostych historyjek o przygodach trójki gimnazjalistów.
Lemowskie sepulki pojawiają się więc na przykład jako fluskaki. Nie wiadomo, czym są i do czego służą, wiadomo natomiast, że moża je pingować (choć nie wszędzie).
Malkontent powie, że to bardzo proste i każdy by tak umiał, czerpać garściami pomysły od Lema czy Dukaja i przenosić je do świata warszawskich gimnazjalistów. Ja każdemu, kto tak mówi, odpowiem – skoro to takie proste, no to napisz i zarób, wszyscy wydawcy fantastyki w Polsce z pocałowaniem ręki wezmą następny przebojowy cykl dla młodzieży.
Najbardziej lubię w tym cyklu postać Niki. W gazetowym tekście napisałem, że to postać z innej bajki. „FNiN” to science-fiction, obdarzona paranormalnymi zdolnościami Nika to postać bardziej pasująca do horroru czy romansu paranormalnego.
To jest także postać z innej warstwy społecznej. Felix i Net to chłopcy z rodzin dobrze już zakorzenionych w klasośredniowym bąbelku. Nika nie tylko pochodzi ze społecznych nizin, ale – trzymając się litery prawa – jest oszustką, wyłudzającą świadczenia i eksploatującą luki w systemie.
Jako kompozycyjna anomalia, Nika dobrze robi książce. Widać, że o ile autor zna na wylot życie psychiczne Neta i Felixa, Nika jest zagadką nawet dla niego samego. To postać, która żyje własnym życiem, niektóre jej decyzje pewnie zaskakują nawet samego Kosika.
Przypuszczam, że Kosik nie zaplanował też z góry tego, że właśnie ta dziwna dziewczynka jest jedynym kontaktem Felixa i Neta ze światem biedy. Ale wyszło to dobrze, bo najważniejszym przesłaniem, jakie należy przekazać klasośredniowym gimnazjalistom na temat biedy jest to, że bycie biednym oznacza życie według innych reguł.
Klasa średnia lubi biedę, o ile ta trzyma się swojego miejsca. Jest „autentyczna”. Kipuje itrila. Siedzi w jakiejś złej dzielnicy, do której można z dreszczykiem emocji udać się na imprezę do Znanego Artysty, który tam – mucho hipsto! – wynajmuje lofta, albo nawet prowadzi kultową knajpę czy wręcz sklep z odpicowanymi rowerami.
Tymczasem dwie najważniejsze potrzeby człowieka ubogiego, to – po pierwsze – ukryć swoją biedę, a po drugie, zapomnieć o swojej biedzie. Dlatego, wbrew rojeniom autorek „Przekroju”, biedni ludzie prędzej będą czytać bloga Kasi Tusk niż ich ultralewicowy tygodnik, bo dla nich porady stylistyczne premierówny będą kwestią ważniejszą i ciekawszą niż dzieła Bordiou i Badieu.
Obraz biedy Niki nie jest oczywiście realistyczny, bo w ogóle fajnie byłoby być biednym, który na osłodę ma moc telekinezy. Wartościowe wydaje mi się jednak przekazanie gimnazjalistom tej ogólnej intuicji, że bieda rządzi się swoimi dziwnymi prawami. Co za tym idzie, porady życiowe, które przychodzą do głowy w klasie średniej („a dlaczego nie zadzwoniła na policję, a dlaczego jechali w dziesięć osób busem zarejestrowanym na siedem”), robią się bezużyteczne, gdy się zleci poniżej pewnej kreski.
Kosik ma też u mnie wielki plus za krytykowanie w swoich książkach nieszczęsnego zwyczaju zaczynania roku szkolnego od pytania dzieci, gdzie spędziły wakacje. Szyderczy obraz takiej sceny mamy na początku trzeciego tomu i to niestety nie jest fantastyka. „Równie dobrze można kazać dzieciom nosić opaski z wypisanymi zarobkami rodziców” – napisałem w „Gazecie”.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz