Elvis A(a)ron Gmyz

Listopadowy ranking od czapy inspirowany będzie luźno trotylem, który zniszczył notowania PiS. Z amerykańskich teorii spiskowych najbardziej lubię nie te o kontrolowanym wyburzeniu, nie te o JFK i nawet nie te o ufoku z Roswell, tylko te o Elvisie.

To oczywiste, że Elvis żyje. Jego drugie imię to „Aron”, przez jedno „A”. Na nagrobku jest przez dwa a. Literówka? Na nagrobku? Kto w to uwierzy?

Według oficjalnej wersji, Elvis miał brata bliźniaka, który zmarł przy porodzie. A gdzie akt zgonu, gdzie wynik autopsji? Kto w to uwierzy, że zaniedbano podstawowych formalności z powodu przypadku czy bałaganu?

Dlaczego Elvis nie koncertował za granicą, co przecież oznaczało odrzucenie wielkich pieniędzy? Nie lubił podróżować, czy raczej bał się, że formalności wizowo-paszportowe grożą ujawnieniem, że Elvisa udaje brat bliźniak?

Hipoteza dwóch Elvisów tłumaczy wszystkie te zagadki równie dobrze, jak hipotezy „dwóch wybuchów” czy „dwóch miejsc” objaśniają nam całą perfidię zamachu smoleńskiego. Przecież gołym okiem widać, że w latach 60. „pierwszego Elvisa”, tego buntownika w skórzanej kurtce, zastąpił jakiś otyły pajac w smokingu obwieszonym cekinami, „drugi Elvis” śpiewający zupełnie innym stylem w mafijnym (!) Las Vegas.

W wersji oficjalnej dużo jest jakichś „pomyłek”, „literówek”, „przypadków”. A wersja spiskowa to czysta logika, niczym blogonotki na #psychiatryk24.

Oczywiście, gdyby ranking poświęcić piosenkom Elvisa, byłoby za nudno. Poświęcę go więc piosenkom, które przedtem nagrał ktoś inny, ale dopiero wersja Elvisa przyniosła im sławę.

 

W tej kategorii nie masz, ach nie masz, nic ponad „Hound Dog” w wykonaniu Willie Mae „Big Mama” Thornton. Nagrała swoją wersję w 1952. Elvis (ten pierwszy) swoją w 1956.

To jest właśnie, drogie dzieci, różnica między czarnym r’n’b a białym rokendrolem. W jakimś poprzednim flejmie ktoś ultrapoprawny i hiperempatyczny upierał się, że w muzyce nie ma takich kategorii. Pan posłucha, pan przemyśli, pan wróci z indeksem w sesji poprawkowej.

Osobliwą słabość mam do „Fever”, piosenki, która występuje nawet gdzieś na początku mojej książki „Ameryka nie istnieje”. Pierwszą wersję nagrał w 1956 Little Willy John, który – jak sama nazwa wskazuje – reprezentował diametralnie odmienny odcień czerni od Big Mamy Thornton.

Presley też wybielił ten utwór inaczej, niż by to zrobił parę lat wcześniej – bo to już był ten podmieniony Presley, który „powrócił” ze „służby” „wojskowej”. Czy pierwszy Presley pozwoliłby na to, żeby w piosence bas (bas!) był bardziej charyzmatyczny od wokalu? Spytajcie Antka, ja nie mam więcej pytań.

 

W rankingu nie może zabraknąc piosenki Hermana „Little Junior” Parkera z 1953 zatytułowanej „Mystery Train”. Identycznie, jak film Jima Jarmusha, w którym prawda o dwóch Elvisach przedostała się do mainstreamu (popkultura nie ma swego Gmyza, choć podobno pracują nad tym bracia Karnowscy).

Pierwszy Elvis z czegoś, co w oryginale jest dołującym bluesem z samego serca Delty, zrobił w 1955 skoczne rockabilly. Ciekawe, czy ten drugi by tak potrafił? To już trzeba by sprawdzić komputerową symulacją.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz