„Not to worry about those people…”

Porażka Romneya cieszy mnie nie tylko dlatego, że to porażka prawicy, ale także dlatego, że to porażka kapitalizmu korporacyjnego. Nie mam nadziei, że Obama wreszcie zacznie posyłać banksterów za kratki. Byłoby miło, ale tu akurat chodzi mi o coś bardziej przyziemnego.

Tajną bronią Romneya, którą jego sztab chwalił się 5 listopada dla PBS miała być baza danych, która pozwoliłaby koordynować wysiłki wolontariuszy w ostatniej chwili. Tym Romney miał wygrać w stanach swingujących, takich jak Ohio.

Baza tymczasem kompletnie się posypała, w związku z czym sztab Romneya w ostatnim dniu „leciał na ślepo”. Przyczyny tej porażki kapitalnie opisuje na blogu jeden z wolontariuszy – polecam lekturę, bo to pomaga zrozumieć myślenie korporacyjne, zwłaszcza w kontekście technologii cyfrowych.

Często widząc ewidentnie skopany produkt narzekamy na niedoróbki programistów, inżynierów, dizajnerów. Rzadko mamy rację. W realnych przypadkach to z reguły wina menedżmentu, wszystkich tych dumnych absolwentów szkół biznesu, zarządzania, lansu i baunsu.

John Ekdahl opisuje na swoim blogu, jak na jednym z pierwszych szkoleń zadał podstawe pytania dotyczące tego serwisu – czy go przetestowano pod obciążeniem? Czy mamy jakąś redundancję? Jakie przyjęto zabezpieczenia przed atakiem DDoS?

Nikt nie odpowiedział na te pytania. Szkolenia – pisze Ekdahl – prowadzono w stylu marketingowym, a nie technicznym. Nie wnikano w detale, za to dużo było podniecania się tym, jakie to wyrafinowane, i jak bardzo zmieni to reguły gry.

Ach, na ilu już byłem takich zebraniach. W moim wieku człowiek wie jedno: brak klarownej odpowiedzi na pytania o czarny scenariusz to prognoza zbliżającej się katastrofy. Ja już wtedy tylko siedzę cicho i uśmiecham się szyderczo.

Po katastrofie z roboty wylecą oczywiście ci, którzy na zebraniach „okazywali defetyzm” i „siali zwątpienie”, bo w korporacjach zawsze awansują ci, którzy „myślą pozytywnie” i „nie ma dla nich rzeczy niemożliwych”. Tak było zawsze, to się nic nie zmieniło od czasów tych najstarszych korporacji w rodzaju holenderskiej VOC (1602-1798) – to wpisane w samą naturę takich organizacji.

W moim wieku człowiek wie też jeszcze jedno. Sztuka zarządzania projektem to sztuka trafnego wyboru oszczędności. Organizatorzy kampanii Romneya nie chcieli wydawać fortuny na porządne przetestowanie systemu, bo uwierzyli w reklamowe prospekty systemów do testowania wirtualnego.

Ilekroć widzicie skopany projekt, widzicie prawdopodobnie projekt, w którym ktoś podjął złe decyzje co do tego, na czym oszczędzać. Na czymś zawsze trzeba, bo w praktyce pełne dopieszczenie oznaczać będzie przekroczenie budżetu.

Steve Jobs swoją sławę geniusza biznesowego zawdzięczał właśnie trafnym decyzjom co do tego, na czym można oszczędzić. Powiedzmy – pierwszy ajfon nie miał 3G i MMS.

Przeciętny menadżer zaoszczędziłby na wszystkim, ale nie na tym. Jobs, jak się okazało, znów miał czuja (którego się nauczył „the hard way”, niemalże rujnując swoją karierę kilkunastoletnią serią błędnych decyzji).

Wróćmy do sztabu Romneya. Jednym z powodów fiaska było to, że system był obsługiwany przez bezpieczny serwer (https), ale znaczna część użytkowników wpisywała (lub miała autouzupełniany) protokół http. Drobiazg, ale wystarczał, żeby użytkownik nie wiedział, jaki robi błąd.

Dzwonili więc do supportu, który zatykał się takimi drobiazgami i nie był w stanie obsłużyć innych problemów. Sami sobie zafundowali DDoS na własne życzenie.

To jest coś, na czym Jobs by nigdy nie oszczędzał. Jeśli większość użytkowników robi powtarzalny błąd – np. puka palcem nie tam, gdzie oczekiwali tego inżynierowie, tylko gdzieś obok – należy się tym zająć w pierwszej kolejności. Zaoszczędzić można na czymś innym.

W technologiach najczęściej oszczędza się na użytkownikach, bo to jest pierwszy odruch każdego korpomenedżmentu – oszczędności robi się na niższych klasach. Na klasie średniej, na proletariacie. Nigdy na kolegach prezesa z klubu golfowego.

Jobs nie grał w golfa, więc nie rozumował w tym stylu. No ale Jobs nawet jak na Amerykę był nietypowym przypadkiem (a w Polsce byłby już nie do pomyślenia – słyszeliście o jakimś polskim CEO prezesującym za symbolicznego dolara rocznie? Serio, chętnie bym poznał taki przykład…).

Cała kampania Romneya była tymczasem obliczona na to, żeby najbogatszym jeszcze bardziej obniżyć podatki, a zwiększyć obciążenia dolnych 99%. Miała dogodzić prezesom w klubach golfowych, nie kolesiom noszącym za nimi kije. I jest w tym jakaś symboliczna sprawiedliwość, że to podejście do kampanii wyborczej ich załatwiło.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz