Trotyl w prostacie

Cezary Gmyz i Tomasz Wróblewski mieli serię kuriozalnych wypowiedzi, w których niby to bronili tekstu o trotylu, ale jednocześnie usiłowali pokazać palcem właściwych winowajców, czyli już to Talagę, już to Seremeta, już to (tradycyjnie) Michnika.

Wysłuchałem tego ze złośliwą radością, bo to potwierdza moją wyjściową hipotezę, że przyczyną całego tego zamieszania nie był żaden SPISEG czy inna prowokacja, tylko po prostu chumanizm. Definiowany za Lemem, przypomnę, jako niechęć do przyswajania wiedzy z zakresu nauk ścisłych.

To zdumiewające, że po rozpętaniu takiej afery, Gmyzowi i Wróblewskiemu nadal nie chciało się sprawdzić najprostszej kwestii – co to w ogóle były za mierniki, co dokładnie zarejestrowały i jak te wyniki interpretuje fachowiec. Ja bym tak nie umiał, ja bym nie wytrzymał z ciekawości.

Gmyzowi wystarcza powtarzanie w kółko, że te urządzenia są „najnowocześniejsze” i „pododobne do tych używanych na lotnisku w Tel Awiwie”. Wróblewski w swoim kuriozalnym oświadczeniu wprost mówi, że nie wgłębiał się w „szczegóły funkcjonowania urządzeń do odczytu” (8:41), sprawdzał tylko, „czy w ogóle istnieje temat”. Ale jak sprawdzić jedno bez drugiego?

Nie znam się muzyce klasycznej zapewne w stopniu porównywalnym do tego, w jakim Gmyz z Wróblewskim nie znają się na chemii. Ale gdybym jako dziennikarz śledczy natrafił np. na aferę w filharmonii, przyswoiłbym sobie podstawowe pojęcia po prostu z ciekawości.

To ona doprowadziła mnie do tego zawodu, za co ją zresztą przeklinam. Curiosity killed the chemist. Nie wyobrażam sobie jednak, jak można w ogóle być dziennikarzem czy redaktorem naczelnym bez wrodzonej ciekawości, za sprawą której człowiek sam z siebie, bez ponaglania, po prostu CHCE wdawać się w szczegóły sprawy.

Wypowiedzi Gmyza i Wróblewskiego potwierdzają to, o czym pisał Newsweek – że obaj panowie nawet nie byli do końca pewni, czy chodzi o C4, czy o trotyl, czy o nitroglicerynę. „To był błąd, ja to uznaję” – beztrosko przyznaje Wróblewski (11:21), nadal pogrążony w samozachwycie.

Komfortu psychicznego obu panom nie mąci nawet to, że razem z ich wystąpieniami posypała się podstawowa linia obrony, zgodnie z którą Gmyz nie mógł ujawnić swoich źródeł, by chronić ich przed mitycznym „seryjnym samobójcą”, w którego istnienie wierzą pacjenci oddziału ostrych urojeń Psychiatryka24.

Wróblewski podaje, że było to „dwóch prokuratorów” i „jedna osoba spoza prokuratury, mająca dostęp do dokumentów”. Jako czwarte źródło zapewne obaj panowie zalicząją Seremeta. A z ich wypowiedzi nadal wynika, że nie rozumieją, gdzie zrobili błąd.

Drogi panie Czarku, drogi panie Tomku, właśnie w stosunkowo mało bolesny sposób zetknęliście się z pojęciem „fałszywego wyniku pozytywnego” („false positive”). Mężczyzna w naszym wieku może się z nim jednak zetknąć na gorszy sposób.

Typową metodą przesiewowej diagnozy raka prostaty jest badanie molekuły PSA („Prostate Specific Antigen”). Wadą tej metody jest stosunkowo wysoki wskaźnik fałszywych wskazań pozytywnych, sięgający nawetkilkunastu procent.

Otóż chociaż to metoda bardzo nowoczesna i – uwaga, panie Czarku! – z pewnością używana także w klinikach w Tel Awiwie, sam pozytywny wynik badania przesiewowego, to jeszcze za mało na okrzyk „STWIERDZONO RAKA PROSTATY”. Lekarz, który Wam takimi słowami skomentuje wynik badania, to konował łamiący etykę lekarską tak jak Wy złamaliście etykę dziennikarską dając tytuł „TROTYL NA WRAKU TUPOLEWA”.

Rzetelny lekarz udzieli odpowiedzi, którą Cezary Gmyz nazywa „pokrętną”, czyli powie, że raka prostaty na razie ani nie stwierdzono, ani nie wykluczono, konieczne są dalsze badania. Po czym poprosi o opuszczenie spodni i pochylenie się.

Rozstrzygających badań chemicznych niestety nie da się przeprowadzić tak łatwo ani tak szybko, stąd te niezbędne pół roku. Ale pożytek z zamieszania, które panowie narobili swoją ignorancją jest taki, że może teraz ktoś u lekarza nie wpadnie w panikę od pozytywnego testu na raka prostaty, bo będzie już znać pojęcie fałszywego wyniku pozytywnego.

W dyskusji pod poprzednią notką komentatorzy wrzucili odnośniki dla osób, które chcą to pojęcie dokładniej zrozumieć. Proszę bardzo – krótko i po polsku albo wszechstronnie i po angielsku, albo rysunkowo i żartobliwie.

A lakonicznie i jednym zdaniem: od pozytywnego wyniku wielu testów przesiewowych nie należy jeszcze się gmyzić z rozpaczy, tylko spokojnie poczekać na potwierdzenie inną metodą…

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz