Hindusi żyją w cyberpunku

LOOK! BEHIND YOU!!!!!!

Coś mnie naszło ostatnio w samolocie, że postanowiłem obejrzeć indyjskie filmy w ofercie inflajt entertejnment (jak ja zazdroszczę tym, którzy potrafią zasnąć w tych warunkach!). Może do polubienia Bollywood potrzebny jest specyficzny stan umysłu bycia sardynką w ekonomicznej puszce.

Poczułem, że kiedyś będę chciał o tym zablogować, więc cyknąłem ajfonem kadr jednego z tych filmów – thrillera szpiegowskiego „Kahaani”. Postać wyłaniająca się zza pleców głównej bohaterki to strasznie fajnie wymyślony i zagrany zawodowy zabójca.

Ktokolwiek chce to zobaczyć, apeluję o unikanie spojlerów. To film z Zaskakującym Zwrotem Akcji. Ja oglądałem nic nie wiedząc, więc zwrot mnie zaskoczył, no ale biada tym, którzy sprawdzą choćby hasło w wikipedii.

Dlatego nie linkuję. Ale linkuję do bezpiecznego wywiadu z aktorem, który gra tego zabójcę. To Saswata Chatterjee, a jego postać jest nieśmiałym, nieporadnym grubaskiem. Ofiary zabija jakby niechcący, mimochodem, zawsze z przepraszającym uśmiechem i żegnając się w powietrzu (to bardzo religijny człowiek).

Fotka pochodzi z bardzo dramatycznej sceny, opisanej w tym wywiadzie jako „the metro scene”. Czy nieświadoma zagrożenia bohaterka wyjdzie z tego z życiem? Ja nic nie zdradzę, oglądajcie.

Bohaterka jest samotną kobietą w ciąży, która przyjechała z Londynu do Kalkuty szukać ojca swojego dziecka. Wie o nim niewiele – tyle tylko, że ten pracował w tajemniczej firmie National Data Centre.

Wszystkim się na początku wydaje, że to klasyczna historia z cyklu „zrobił babie dziecko i uciekł”. Skoro pojawia się morderca eliminujący kolejnych świadków, tyle mogę zdradzić, że na pewno nie chodzi o to. Ale o co? Ba!

Ciekawe w tym filmie są cyberpunkowe kontrasty. Ludzie pracują w cyberkorpach, ale jednocześnie żyją w trzecim świecie. Slumsy od biurowców oddziela krótki kurs taksówką. Chyba właśnie to sprawiło, że przebrnąłem z kolei przez absolutnie idiotyczny, a jednak na swój sposób uroczy, musical „Tere Naal Love Ho Gaya”.

Ubogi rykszarz zostaje w nim zmuszony do porwania córki nieuczciwego biznesmena przez, errrm, samą córkę. Po czym następuje seria Zaskakujących Zwrotów Akcji.

Nie spojluję ich w imię etyki blogerskiej, ale prawdę mówiąc, to nie ma sensu, tak jak fabuła tego filmu. To w końcu bollywoodzki musical.

Proszę wysłuchać wpadającej w ucho piosenki o poetyckim refrenie „Pee Pa Pee Pa”. W tej scenie bohaterowie wbijają się na cudze wesele, bo umierają z głodu podczas swej tułaczki po Pendżabie. Cóż, jak się ma tylu tancerzy, po co jeszcze scenarzyści.

I tu też mamy lekki cyberpunkowy akcent. Bohaterów w końcu porywa prawdziwy zawodowy porywacz (nic nie spojluję, od początku za nimi jedzie na bardzo groźnie wyglądającym motocyklu). Porwana (niejako dubeltowo) pokazuje porywaczowi, jak przy pomocy smartfona może porywać jeszcze wydajniej. Bo on, jako zacofany prowincjusz, wprawdzie ma fona, ale nie umie obsługiwać.

Najbardziej cyberpunkowy i najbardziej porypany film oglądałem na koniec, na psiej wachcie, gdy cały samolot już słodko chrapał. Zapamiętałem go więc wyjątkowo mętnie i nie miałem siły już robić żadnych skrinów ani notatek.

Fabuła była mniej więcej taka, że bohater pracuje w cyberkorpo (jak oni wszyscy) i ukrywa w apartamencie w luksusowym wieżowcu swoją ukochaną. Grozi jej śmierć – źli i potężni ludzie wydali na nią wyrok.

W korpo pojawia się nowa, piękna szefowa i próbuje uwieść głównego bohatera, ale on stawia opór. Po serii Zaskakujących Zwrotów Akcji oraz seansie regresji hipnotycznej (!), poznajemy w końcu prawdę o ludziach dybiących na życie ukochanej.

Fabuła tych filmów na logikę nie ma sensu. Zwroty akcji są zaskakujące przede wszystkim dlatego, że są tak idiotyczne, że zachodni scenarzysta by tego nie wymyślił.

Do tego jak na nasz gust, za dużo tutaj wątków miłosnych. Po dreszczowcu szpiegowskim oczekujemy raczej, że się będą ganiać samochodami niż szlochać przy zdjęciu ukochanej/ukochanego (no dobrze, z raz czy dwa Bond może złożyć kwiaty na grobie, ale żeby przez cały film szlochał?).

Jak je teraz wspominam, sam nie wiem, dlaczego te filmy mi się jednak spodobały. Muszę to powtórzyć kiedyś, jak będę wyspany i zrelaksowany…

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz