Jakościowe dziennikarstwo

Jednym z powodów, dla których grudniowy ranking poświęciłem „The Clash” było to, że znowu ktoś u mnie znowu zamówił „coś o Anglii” – a konkretnie tekst o aferze podsłuchowej w imperium Murdocha.

Swoją fascynację tą historią już sygnalizowałem na blogu. Wydaje mi się ważna z kilku powodów. Najważniejszym jest wciąż tu wracający temat jakościowego dziennikarstwa i jego [braku] przyszłości.

W Internecie przetrwa najtańsza forma dziennikarska, czyli komentarz. Komentarz można w pół godziny se machnąć na blogaska, sam to doskonale wiem.

I nie ma znaczenia, czy komentatorem jest blogonauta o ksywce Bzyxyxyx czy Znana Japa Z Telewizji. To ciągle tylko wyrażenie opinii, a nie informowanie.

„Guardian” to przykład jakościowego dziennikarstwa, które informuje. Pewnie dlatego Paul Greengrass w „Ultimatum Bourne’a” umieścił właśnie dziennikarza tej gazety. Tylko reporter z „Guardiana” miałby czas na rozkminianie czegoś takiego, jak afera Treadstone – albo afera podsłuchowa.

Nick Davies, dziennikarz, który praktycznie w pojedynkę obalił imperium Murdocha (w pewnym momencie był naprawdę sam, wszystkich sojuszników Murdoch albo kupił, albo zastraszył), ma w umowie o pracę tylko obowiązek oddania w ciągu roku 24 większych tekstów „or the equivalent of time and effort”. Aż mnie skręciło z zazdrości, jak to przeczytałem.

Jak to się może opłacać „Guardianowi”? No właśnie nie może. Od dobrych trzech lat firma Guardian Media Group przynosi straty rzędu 40 milionów funtów rocznie. Ujmując to bardziej obrazowo: wydanie każdego numeru to średnio co najmniej sto tysięcy funtów w plecy.

Jak oni sobie na to mogą pozwolić? No właśnie nie bardzo mogą. C.P. Scott, twórca potęgi tej gazety, stworzył fundację non-profit, mający być gwarantem niezależności „Guardiana”. Fundacja była właścicielem wydawcy gazety, spółki Guardian Media Group.

Straty zmusiły fundację do przekształcenia się w zwykłą spółkę zoo. Można przewidzieć, jaki będzie dalszy ciąg – w postępowaniu układowym z wierzycielami, zamieni się dług na udziały w spółce. A wtedy – witajcie, plotki o celebrytach!

Podobną trajektorią leci w przepaść „El Pais”, o którym pewien blogger obywatelski pisał, że finansowo „ma się świetnie”, bo nigdy nie sprawdził wyników. Zadłużoną po uszy spółkę przejął amerykański fundusz Liberty Acquisition Holdings, który właśnie ogłosił masowe zwolnienia i zwrot w stronę dochodowości.

Czyli: odejście od jakościowego dziennikarstwa, bo na nim w czasach Internetu nie da się zarobić. Mimo wielkich inwestycji w cyfrową tożsamość „Guardiana”, ma z niej tylko 30 procent przychodów. Z tego znaczna część to serwis randkowy. Bo w Internecie zarabia się na takich bzdetach, nie na dziennikarstwie.

Dlatego cieszę się, że w Wielkiej Brytanii jakościowe dziennikarstwo jeszcze pokazało pazury i jeszcze kogoś drapnęło. Pewnie to już jeden z ostatnich takich przypadków, ale i tak jest czego gratulować.

Jak starałem się pokazać w swoim tekście, gdyby nie kluczowy artykuł Nicka Daviesa z 5 lipca 2011, sprawę udałoby się Murdochowi zatuszować. Kosztowałoby to trochę więcej, niż początkowo planował, ale czym jest parę milionów wobec wielomiliardowego dealu na przejęcie BSkyB.

Deal upadł. Gdyby teraz odbyły się wybory, Labour Party miałaby większość wystarczającą do samodzielnego objęcia władzy. The Right Honourable David William Donald „Call me Dave” Cameron i The Right Honourable Nicholas William Peter „Nick, just Nick” Clegg dlatego właśnie nie dopuszczą do przedterminowych wyborów. Ale co takiego się może wydarzyć do 2015, żeby odzyskali sympatię wyborców?

Ich jedyną szansę widziałbym w tym, że do 2015 nie dotrwa „Guardian” (w sensie – nie dotrwa jako bastion jakościowego dziennikarstwa, bo serwis randkowy zawsze dochodowy). Ale z drugiej strony, nikt nie wie, jakie media przeżyją tak długo, czy to w Polsce, czy to w Zjednoczonym Królestwie. Więc czekać nas będzie jeszcze niejedno zdziwko.

Obym miał jakieś optymistyczne zdziwka do opisywania pod koniec 2015!

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz