Wrarzenia z lektóry

Zżerany ciekawością kupiłem „Óważam Rze”, po raz pierwszy i zapewne ostatni w życiu. Prasę prawicową staram się czytać za friko, ale te 2,90 mogłem odżałować.

Najpierw parę słów komentarza do tej afery. Nie ma w niej dla mnie bohaterów pozytywnych. Nie kibicuję w niej nikomu (a właściwie kibicuję równo wszystkim, tak jak np. podczas rozłamów w PiS; wołam wtedy do wszystkich „mocniej go lutuj, mocniej!”).

Nie wierzę w deklaracje o dochodowości tygodnika. Nie można sprzedawać dwa-trzy złote taniej od konkurencji, mieć znacznie mniej reklam niż konkurencja i wychodzić na swoje. Gdyby to było takie proste, mielibyśmy między „Wprostem” a „Newsweekiem” wojnę cenową, a nie wojnę na krzykliwe okładki.

Prawicowa legenda o „dochodowym tygodniku zarżniętym przez Hajdarowicza” ma swoje źródło w jednej wypowiedzi Lisickiego w wywiadzie dla „Wprost”. Mówił tam on: „Do końca 2012 roku mieliśmy zebrać z reklam 7 mln złotych”.

„Mieliśmy”. „Zebrać”. Zatem nie chodzi o dochód, tylko o przychód. Nie odnotowany, tylko oczekiwany. Nie kolosalny, tylko żałosny. I nie samochody, tylko rowery i nie rozdają, tylko kradną.

„Óważam Rze” nigdy nie było dochodowe, bo w dzisiejszych czasach coraz mniej mamy dochodowych mediów. Jako pesymista, nie widzę szansy na ocalenie branży. WFIO. C’est la lutte finale, groupons-nous et demain – l’internetionale sera le genre humain.

Ludzie szukający jakiejkolwiek, choćby teoriospiskowej logiki w działaniach Hajdarowicza, błądzą. Bardzo tanio i na atrakcyjny kredyt kupił przedsiębiorstwo deficytowe, bez realnych szans na wyjście na prostą.

To znaczy, że mógł je kupić po prostu dla zabawy. Bywa tak, że upadające hollywoodzkie wytwórnie milionerzy kupują na chwilę tylko dla samego bawienia się w ważną szychę z Hollywood, jak szemrany biznesmen Giancarlo Parretti, który przez chwilę był właścicielem MGM. Gdyby Hajdarowiczowi chodziło o dochodową inwestycję, dokupiłby kolejną plantację kokosów.

Myślę, że po prostu chciał zaspokoić dziecięce marzenie o bycia magnatem prasowym. Bogaci ludzie nie takie pieniądze wydają na fantazje o locie w kosmos czy żeglowaniu po oceanach.

Dziwny styl rozstania się z całą redakcją był, jak przypuszczam, skutkiem wymknięcia się sytuacji spod kontroli. Hajdarowicz przesadzał w obrażaniu swoich byłych i obecnych podwładnych. Lisicki przesadzał w ripostowaniu, ewidentnie zachęcany przez braci Karnowskich, którzy na tej aferze zyskali najwięcej. I obaj panowie pewnie byli jednakowo zaskoczeni tym, że to się tak skończyło.

Czy mi szkoda kolegów po fachu? Jasne że tak, są przecież tak mili, że zamierzają rozstrzelać tylko co dziesiątego z nas. Ale przecież dobrze na tym wyszli. Mogą teraz tłuc kasiorę w trzech różnych tygodnikach, które wyrosły na miejscu jednego. Profit!

W nowym „Óważam Rze” z niektórych autorów aż bucha desperackie szczęście, że ktoś ich wreszcie chce drukować. Nowy felietonista Paweł Zarzeczny wręcz skarży się, że zaproszenie do tego tygodnika dostał „dwa lata za późno”.

Poziom pisma jest strasznie niski, ale to nie nowina na prawicy. Wojciech Lada tak boryka się z tematem przedwojennej przestępczości: „Przedwojenna Polska była istnym inkubatorem dla wszelkiej maści przestępców, a im dalej w kryzys, tym ich liczba rosła na potęgę”.

Protip: nadmiar wszelkiej maści ozdobników w jednym zdaniu jest jak dwa grzyby lawinowo narastające w swego rodzaju barszczu. Jeśli powycinać takie ozdobniki, te teksty zrobią się jednak strasznie króciutkie.

Daniel Orzechowski analizuje na przykład fenomen Palikota. Nie ma nic oryginalnego do powiedzenia, nie odkrył żadnych faktów, nie zrobił własnego riserczu, więc nadrabia ozdobnikami sugerującymi, że coś wie, ale nie powie (to bardzo po kaczyńsku).

„Opuszczenie przez Palikota Platformy Obywatelskiej nosiło wszelkie znamiona zaplanowanej operacji. Pomysł stworzenia koncesjonowanej opozycji narodził się w głowach szefów trzy lata temu. Marketingowcy polityczni podpowiedzieli wyodrębnienie partyjnych skrzydeł”.

Wszelkie – czyli jakie? Skąd wiesz, co się rodzi w czyjejś głowie? I w czyjej głowie konkretnie? Kim są ci „marketingowcy”, którzy „podpowiedzieli”?

Po usunięciu ozdobników tekst sprowadza się do „se ssam palucha i ówarzam rze”. Ale z ozdobnikami dostajemy to, co w świecie karnowsko-pińsko-lisickim uchodzi za „analizę”. Cóż, smacznego!

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz