Social Media Schmucks

Zafrapowało mnie wyliczenie osób, które na twitterze przedstawiają siebie jako ekspertów od mediów społecznościowych. Jest ich razem przeszło 180 tysięcy, choć określają to na różne sposoby.

„Social Media Expert”, to już brzmi zbyt sztywno. W mediach społecznościowych trzeba być młodzieżowo wyluzowanym. Grzegorz jestem i lubię „serfować”.

Eksperci najchętniej przedstawiają się więc jako „Social Media Ninja”, „Social Media Guru” i – moje ulubione – „Social Media Maven”.

Maven! Jeśli ktoś tak siebie opisuje, musi być smętnym kabotynem.

„Maven” to znaczy mniej więcej to samo, co guru, ninja, sensei oraz jedi, tyle tylko, że pochodzi z jidysz. Nie chodzi jednak o jarmułkę na głowie blogera, tylko o „Punkt przełomowy” Malcolma Gladwella.

Gladwell to social media coelho. Nie mógł więc być po prostu guru, sensei ani jedi. Jako miszcz miszczów, ninja de tutti ninji, Gladwell musiał znaleźć sobie jakieś specjalne, mało używane słowo. No i se znalazł mawena.

Nie lubię jego książek, bo wydają mi się składanką banałów i nonsequiturów, skomponowaną według recepty Coelho – powiedz im to, co chcą usłyszeć. A wszyscy chcą usłyszeć bajeczkę o tym, że nie ma rzeczy niemożliwych, że dla chcącego nic trudnego, że każdy może odnieść sukces, że jesteśmy tuż przed punktem przełomowym, po którym to takim jak my będzie się powodzić.

Jeśli ktoś w życiu nie osiągnął absolutnie nic, ta filozofia będzie mu się oczywiście bardzo podobała. Wynika z niej przecież, że jest takim nieudacznikiem nie z własnej winy, tylko z racji wyprzedzania swojej epoki.

Kim jest człowiek, który – mając do dyspozycji tylko 140 znaków – charakteryzuje siebie na twitterze w pierwszej kolejności jako specjalistę od twittera? Logika bezlitośnie podsuwa sugestię: nikim.

Stąd złośliwe określanie mavenogurunindżów per „młody poeta”. Bo jak ktoś nie zapisał się dotąd w dziejach ludzkości niczym, poza prowadzeniem blogaska, zupy, tromby, TT czy fejsa, trudno o nim powiedzieć coś więcej. A wiersz pewnie każdy jakiś w życiu napisał.

Eksperci od mediów społecznościowych są jak autorzy podręcznika „Zarób kupę forsy”, którego nabywcy po uiszczeniu przelewu dostają poradę: „wydaj podręcznik o zarabianiu kupy forsy”. Potrafią wylansować wyłącznie samych siebie, a i to im wychodzi średniawo, czego przykładem dwaj najwięksi w Polsce spece od twittera, Migalski i Mistewicz, Social Media Pat & Patachon.

W polskich social media nebbish najzabawniejsze jest to, że wprawdzie głęboko wierzą w to, że do nich należy przyszłość, ale jednocześnie do lansu potrzebują znajomości z tradycyjnymi mediami. Dlatego usiłują się friendsować na fejsach i twitterach z dziennikarzami.

Nie chcę wytykać palcami, ale są dziennikarze, którzy konfirmują każdemu. Pierwszym skillem social media morona jest więc odszukanie takich niewybrednych dziennikarzy i zafriendsowanie się z nimi. Gdy będa wysyłać dalsze requesty, będzie im towarzyszyła rekomendacja „jest pięciu wspólnych znajomych”.

Stąd absurdalne afery takie, jak historia Klaudiusza Ślezaka, który zaprzyjaźnił się na fejsie z osobą o fikcyjnym profilu, z upozowanymi zdjęciami skradzionymi z deviantarta. Osoba ta udawała dziennikarkę i miała wielu przyjaciół – dziennikarzy. Część jej pewnie konfirmowała dlatego, że zdjęcia były ładne, a część dlatego, że konfirmuje wszystkim.

Krążyły absurdalne interpretacje tego zjawiska, że może to jakaś inwigilacja mediów, a może próba szantażu, a może inwazja z kosmosu. Ja myślę, że to była wyjątkowo radykalna forma social media nindżyzmu w postaci „social media whore”. Tak siebie charakteryzują 174 osoby i od razu je lubię za autoironię (ale że lubię, to jeszcze nie znaczy, że skonfirmuję, uprzedzając ewentualne requesty).

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz