Ayayayayay, cielito lindo

Rant mojego kolegi na to, że nie stać go na weekend we Frankfurcie przeczytałem z rozbawieniem. Z liberalizmem Staszewskiego polemizuję już jakieś ćwierć stulecia. Obaj jesteśmy z Bielan, więc nasza znajomość sięga jeszcze szkoły podstawowej, a ćwierć wieku temu dużo się dyskutowało o polityce.

On poszedł pracować do „Gazety” jakoś na samym początku, ewidentnie dla idei. Ja dużo później, po prostu dlatego, że zbliżała się trzydziestka i chciałem mieć stabilne zatrudnienie.

Zanim zaczęliśmy razem pracować, spotykaliśmy się czasem na ulicznych manifestacjach, na które chodziłem jako idealistyczny dwudziestoparolatek. Ja skandowałem „DOŚĆ RZĄDÓW LIBERAŁÓW!”, Staszewski potem z odpowiedniego punktu widzenia opisywał nasze populistyczno roszczeniowo warcholskie oszołomstwo.

On wtedy kochał ten system, w którym teraz dostrzega błąd. Ja go nienawidziłem wtedy i nienawidzę dzisiaj.

Z tej mojej nienawiści do kapitalizmu nie wynika oczywiście w praktyce nic. Nic mu nie mogę zrobić. Kapitalizmowi z kolei się nie opłaca nic złego zrobić mi (a przynajmniej bardzo chcę w to wierzyć).

Odmienne podejście do kapitalizmu sprawiało, że inaczej z Wojtkiem widzieliśmy swoją rolę jako dziennikarzy. Ja zawsze (#sąkwity) uważałem, że w kapitalizmie rola dziennikarza polega na zapełnianiu autorskim kontentem przestrzeni między reklamami.

Podzielam nostalgię Wojtka za złotymi czasami (z grubsza – druga połowa lat 90. do roku 2008), kiedy w dziennikarstwie NAPRAWDĘ można było zarobić tyle, żeby człowiek mógł sobie pozwolić na takie fanaberie, jakie Wojtek opisuje w swojej blogonotce. Ot, pstryknąć palcami i przyczerdżować na kartę romantyczny wypad z małżonką.

I ja tam byłem i miód i wino piłem. I cały czas miałem wrażenie, że to coś nierealnego. Coś tymczasowego. Coś, co dla przyszłych pokoleń będzie już jak dla mojego legendy o Wieniawie wjeżdżającym konno do Adrii.

Ludzie dzielą się na tych, którzy kochają kapitalizm i tych, którzy rozumieją, jak działa. Mniej więcej wiedziałem, skąd się biorą te pieniądze, czytając raporty dla inwestorów (gdyby Ziemkiewicz je przeczytał, wyszłaby mu dużo ciekawsza książka – no ale czytający Ziemkiewicz nie byłby Ziemkiewiczem).

W latach 90. „Gazeta Wyborcza” mistrzowsko podkręciła sprzedaż dodatkami, które ludzie kupowali dla ogłoszeń o komputerach, pracy, nieruchomościach. Te ogłoszenia nie brały się znikąd, pozyskiwał je sztab ludzi w całej Polsce.

Na ile rozumiem futbolowe metafory Staszewskiego, ja też jestem dumny z tego, że pracuję dla najlepszej drużyny w swojej lidze. Tylko że nigdy nie miałem tej delusion de grandeur, że pracuję jako Ronaldo, Rivaldo czy nawet Ronaldinho (kimkolwiek oni są).

W kapitalistycznych mediach asami dryblingu (jest coś takiego w futbolu, prawda?) nie są dziennikarze, tylko handlowcy. Ogłoszenia przecież same nie przyjdą, trzeba za nimi chodzić. Nie zrozumiemy, skąd się wzięła złota era w „Gazecie”, jeśli nie zrozumiemy roli działu promocji i sprzedaży.

To tam byli mistrzowscy gracze tego „Realu Madryt” z metafory Staszewskiego. A my, dziennikarze, chodziliśmy między trybunami z hotdogami i popkornem, wołając „świeże reportaże!, felietony gorące!”.

Te reklamy sobie poszły i nigdy nie wrócą. Mamy już pierwsze pokolenie ludzi, dla których „ogłoszenia drobne” są już tylko dziwnym motywem ze starych filmów. Zastanawiają się, dlaczego właściwie w „Brudnym Harrym” władze porozumiewają się ze Skorpionem w tak dziwny sposób – nie prościej byłoby przez jednorazowego emaila?

Gdy chcemy kupić samochód, sprzedać komputer albo wynająć mieszkanie, nie potrzebujemy do tego gazety. Kiedyś praktycznie nie było innej metody. Teraz od tego jest internet.

To ogłoszenia drobne. A te duże, wizerunkowe kampanie dużych firm? Też coraz mniejszą rolę w nich odgrywają media. Na tych pieniądzach łapę kładzie gugiel z fejsem, a tam dziennikarzy nie potrzebują.

Czy to jest „błąd w systemie”? Nie, to jego najgłębsza istota. Optymalizacja kosztów jest dla kapitalizmu tym, czym centralne planowanie było dla PRL.

Wojtku, graj zgodnie z systemem. Ten weekend we Frankfurcie nadal jest w zasięgu Twoich możliwości, ale musisz polować na tanie bilety, hotel kupić w wyprzedzeniowej promocji itd.

Teraz jest wojna. Kto optymalizuje, ten żyje. Promocja w bilecie, trzy noce w pakiecie, i wina się też napiję.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz