Uwaga na nisko przelatujące dachy

Penn Station

Z okna pociągu zobaczyłem wieżowiec, któremu odpadł kawałek dachu. Zrobiłem zdjęcie, które wrzuciłem na fejsa. W hotelu próbowałem wyguglać, co to za budynek i w jakich okolicznościach stracił dach.

Pojawiła się pewna komplikacja – okazało się, że w New Jersey spadające dachy zdarzają się za często, żeby wystarczyły takie słowa kluczowe. O ile interesujący mnie budynek okazał się być zabytkowym National Newark Building, zbudowanym w 1931 i najwyższym w New Jersey do 1989, nie był jedynym, z którego ostatnio zleciał dach.

Rok wcześniej dach urwał się w 1 Exchange Place w Jersey City. W obu wypadkach na szczęście nie było ofiar w ludziach, choć w obu wypadkach niewiele brakowało.

Notkę ilustruję zdjęciem z Penn Station w Nowym Jorku. Dworzec ten pod wieloma względami przypomina warszawski Centralny sprzed remontu.

Jego oryginalną, zabytkową siedzibę wyburzono w 1962, żeby zrobić miejsce pod kompleks biurowy. W miejsce przestronnego dworca pozostawiono labirynt klaustrofobicznych korytarzy, w których mieszczą się najrozmaitsze sklepiki i bary bez wentylacji, śmierdzące przypalonym serem i zjełczałym olejem.

Na peronach śmierdzi tak, jak starałem się pokazać na zdjęciu. Nie wiem, czy kiedykolwiek doczekały się porządnego umycia, ale choćby po korozji na elementach stalowych widać, że ostatni remont tu był naprawdę dawno temu. Czego już nie widać na zdjęciu, z tych rur i z sufitu ciągle coś kapie.

Pociągi – jak ten, którego widać na sąsiednim peronie – też robią przerażające wrażenie. Najczęście spotyka się tabor z lat 70., albo i jeszcze starszy. Widać już korozję, spłuczka w kiblu nie zawsze działa, fotele są wypaczone, szyby brudne, wszystko śmierdzi.

Ale to nie tylko pociągi, to jest coś, co się kładzie cieniem na całej komunikacyjnej infrastrukturze USA – widać, że zbudowano ją za Eisenhowera, Johnsona czy najwyżej Nixona, a potem już nie było kasy na rozbudowę i remonty. To bywa rozczulające, bo archaiczne wzornictwo i liternictwo budzi skojarzenia z filmami z tamtej epoki.

Tylko że w nich to wszystko lśniło nowością. A teraz na przykład węzeł autostradowy dalej ma architekturę jak na starych filmach. Tylko że na przykład z napisów „INTERSTATE ILEŚ TAM” na wiaduktach poodpadały już pojedyncze literki, a pozostałe mają pod sobą wieloletnie zacieki deszczu i brudu. Widać, że po prostu nie remontowano tego przez pół wieku, co sprawia, że człowiek zaczyna się bać. W końcu niedawno zawalił się most w ciągu I-35 (13 ofiar śmiertelnych).

W Europie polowanie na nieremontowane stacje metra i podziwianie korozji na stalowych elementach konstrukcji, to odmiana turystyki ekstremalnej. Choćby w kręgu naszych blogoznajomości polecaliśmy sobie niegdyś wybrane stacje S-Bahn w Berlinie, których nie wyremontowali z braku kasy.

W Nowym Jorku tak wygląda po prostu całe metro. Amerykańskie lotniska są z kolei rajem dla osoby ekscytującej się historią transportu lotniczego. Na wielu z nich – Sant Louis, San Francisco, Newark, La Guardia – można by kręcić film kostiumowy z lat 60. po prostu usuwając współczesne reklamy. I myjąc ściany, dla odmiany.

To nie dotyczy tylko infrastruktury publicznej, także prywatnych budynków. Dachy w New Jersey urywają się z komercyjnych biurowców.

Wygląda na to, że razem z zakończeniem Złotej Ery Kapitalizmu cała Ameryka ma problem z niedoinwestowaniem i jedzie na rezerwach. Miliardiowe bąbelki z Wall Street słabo przekładają się na realne inwestycje.

W Polsce pęd do pozbywania się dziedzictwa z lat 60. czy 70. bywa aż przesadny. „Budynku nie remontowano od czasów Gomułki” – to u nas niestety często jest hasło do zburzenia, a nie do pieczołowitej restauracji.

Ale to ma praktyczne zalety. Na lotnisku jest gdzie usiąść. Na dworcu nie śmierdzi. Na autostradzie jest gdzie zrobić siku. My zanotowaliśmy wielki skok cywilizacyjny nie tylko od czasów Gomułki, ale nawet od czasów Suchockiej. Amerykanie tak mało się posunęli od czasów Kennedy’ego…

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz