Fart For Malawi!

Bohater powieści Piotra Czerwińskiego „Pigułka wolności” jest klasycznym „social media mavenem”, czyli osobą, której życie polega głównie na „opisywanie na Facebooku tego, co robi na Twitterze”. Daleko mu jednak do statusu tych wielkich, pierwszoligowych „social media nindżów”, jak Art Kurasiński czy Poeta Czerski, na początku powieści widzimy go na samym dnie.

Bohater nie ma pracy, nie ma perspektyw, ma Windows XP i za mało RAM na upgrade. Ma Nokię E7 i udaje, że to z nonkonformizmu, ale po prostu nie stać go na zmianę.

I wtedy w jego życiu następuje przełom. Fanpejdż „Fart For Malawi”, założony przez bohatera w reakcji na wiadomość o wprowadzonym (naprawdę!) w Malawi zakazie pierdzenia, niespodziewanie zyskuje międzynarodową popularność.

Lajeczki nadchodzą gromadnie z całego świata. Flash moby i demonstracje poparcia dla akcji Fart For Malawi organizowane są w Paryżu, Berlinie i Bangalore. Do swojego telewizyjnego talk show bohatera zaprasza sam słynny redaktor Lajkoń. Medialne autorytety zastanawiają się, czym jest nowy internetowy fenomen i co nam to mówi o dzisiejszych czasach.

Na fali tej popularności z bohaterem zaprzyjaźniają się przez Facebooka trzy osoby. Żadna nie występuje pod imieniem i nazwiskiem, chociażby ściemnionym. Ich awatary nazywają się E-Reneusz, Candy Pants i Ultra Maryna.

Jak można odgadnąć na samym początku, fabuła powieści obracać się będzie wokół prawdziwej tożsamości tych trzech osób. Kim są? Czy ich rzeczywisty gender i wiek pokrywają się z deklarowanym? Czy dobrze życzą głównemu bohaterowi?

Bez spojlowania ocenię, że o ile zagadkę Ultra Maryny autor obmyślił nawet zgrabnie, z Candy Pants jest już słabiej, a kiedy poznajemy prawdzią tożsamość E-Reneusza, ochlapują nas fale żenady. Najgorsza możliwa sztampa z dolnych pokładów tvtropes.org.

I tak nie jest jednak źle, jak na to, czego można oczekiwać po powieści o Facebooku. W tej kategorii jest nawet bardzo dobrze. To nie jest zła książka, jest bohater, jest intryga, są ze dwa zwroty akcji. Jest nawet jakieś tam przesłanie, w dodatku bliskie memu sercu.

Powieść jest kpiną z mediów, personifikowanych tutaj przez przygłupiastego i sprzedajnego redaktora Lajkonia, który nic nie rozumie z Internetu, ale bardzo chce się przypodobać młodzieży. Lubi więc „serfować” nie mniej od samego Napieralskiego.

Przede wszystkim jednak jest kpiną z samej kultury społecznościówek i wiary w internetową wolność. Autor nie nawiązuje wprost do protestów przeciw ACTA, ale międzynarodowa sława akcji „Fart For Malawi” trochę to przypomina. Weźmy takie dwa fragmenty:

– Nikt nie będzie nas kontrolować! – wpisał we środę o siedemnastej trzydzieści, meldując się z kawiarni w Złotych Tarasach, którą lubiło półtora tysięcy ludzi. Drugie dwa tysiące natychmiast polubiło jego złote słowa
(…)
Lubienie czegokolwiek było ich największym hobby. Uwielbiali uwielbiać. A kiedy się nauwielbiali za wszystkie czasy, udostępniali tę miłość innym. Lubili urząd gminy, Coca-Colę, McDonalds’a, Ronaldo i Wojewódzkiego, Wedla i Panadol, Armię Krajową i proszek Ariel, Starbucksa, Snickersa, Mad Maxa, Samsunga Galaxy i Pana Kleksa (…) NASA, Naleśniki El Paso i chleb Wasa.

Rekomendując tę powieść drogim blogobywalcom, czuję tę samą niezręczność, co w przypadku „Dnia kobiet”. Jej wadą jest publicystyczność. Autor tak bardzo nam chce wyrazić swój pogląd na społecznościówki, że zadanie opowiedzenia nam jakiejś ciekawej historii chwilami schodzi na drugi plan.

Nie przeszkadza mi to, bo oczywiście zgadzam się z tą publicystyką. Autor równie pesymistyczne jak ja spogląda na śmieciowe relacje międzyludzkie w społecznościówkach. Tak samo jak mnie śmieszą go kolesie na serio wierzący w wolność w internecie czy „ahierarchiczne struktury międzyludzkie” (serio znam ludzi przekonanych, że Facebook jest ahierarchiczny!).

To, że się zgadzam z tą publicystyką, automatycznie osłabia jednak wiarygodność mojej rekomendacji. Jak mawiają social media guru, a wy jak myślicie?

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz