Kultura 2.0

Rządowe pomysły na „uwalnianie kultury” mają swoje korzenie w pewnej teorii postrzegania Internetu. Nie ma ona (chyba?) oficjalnej nazwy. W tytule notki odwołuję się do cyklu konferencji odbywanych pod patronatem NINA, podczas których polski wariant tej teorii szlifuje się na warsztatach i panelach.

W dwóch zdaniach teoria ta wychodzi z założenia, że Internet zerwie z tradycyjnym hierarchicznym modelem kultury (czyli metaforyczną „kulturą 1.0”), budowanym na relacji twórca-odbiorca, na rzecz modelu partycypacyjnego, obywatelskiego, egalitarnego, w którym wszyscy są twórcami i odbiorcami. Obieg treści odbywać się będzie jak w zdecentralizowanych sieciach peer-to-peer, a nie jak w schemacie klient-serwer.

Nie wierzę w tę teorię, trzeba więc brać poprawkę na to, że powyższe streszczenie pochodzi od jej przeciwnika. Starałem się być maksymalnie obiektywny, zainteresowani niech się czują zaproszeni do prostowaniaa.

Byłem na pierwszej konferencji z tego cyklu w roku 2006 (został nawet ślad na blogu!). Poznałem Henry’ego Jenkinsa, którego książka „Kultura konwergencji” to najdokładniejsze wyłożenie tej teorii, jakie znam.

Zdjąłem ją teraz z półki i parokrotnie zachichotałem nad nietrafnością prognoz Jenkinsa. W 2006 gdybaliśmy o tym, jak będzie wyglądała internetowa kultura. Youtube, blogi i serwisy społecznościowe były względnie nowym zjawiskiem.

Od pewnego czasu można już przestać gdybać i zacząć analizować  praktykę cyberkultury. Na przykładzie Instagrama świetnie robi to zalinkowana powyżej piosenka.

Konferencje z cyklu Kultura 2.0 nadal krążą wokół zagadnień akademickich. Zamiast spojrzeć na rzeczywistość internetowej twórczości, czyli na Niekrytego Krytyka, Instagrama, blogaska Kasi Tusk i słitaśne focie kotećków, dywaguje się tam „jak włączać obywateli w kulturę przesiąkniętą technologią”

Szkoła teoretyczna, z którą z kolei ja sympatyzuję, jest jeszcze trudniejsza do zdefiniowania. Nawet nie ma swoich konferencji. Wyszło u nas „Za darmo” Andersona, ale nie wyszła polemizująca z tym książka Levine’a, której tytuł przełożyłbym jako „Na gapę”. Zdaje się, że z literatury pesymistycznej wyszedł u nas tylko „Kult amatora” (też już przedatowany).

W paru zdaniach przedstawiłbym tę teorię tak: dopóki trwa kapitalizm korporacyjny, nie będzie żadnej „kultury 2.0”, będzie tylko kolejna reprodukcja kapitalistycznego schematu „twórca – wyzyskujące go #korpo – pasywny odbiorca”. Oddolna twórczość będzie marginesem takim jak kiedyś domowe filmy kręcone na VHS czy Super 8, grafomańskie powieści czy amatorska muzyka pop. Nieliczni z tego środowiska dostaną propozycje od #korpo i oczywiście im ulegną, reszta wyląduje tam, gdzie książki Tadeusza R. L. Dudy.

Henry Jenkins w swoiej książce zachwycał się na przykład kulturą „kina figurkowego”, czyli filmikami, które fani Gwiezdnych Wojen czy Harry’ego Pottera kręcą animując figurki postaci z tych cykli. Z perspektywy roku 2013 możemy powiedzieć, co z tej kultury wyszło.

Wyszło nawet coś fajnego, bo serial „Robot Chicken”, nadawany przez Comedy Central. Ale to nastąpiło wbrew wizji optymistów i zgodnie z wizją pesymistów.

To nie jest żadna obywatelska partycypacyjna kultura 2.0. To schemat „twórcy zabawnych skeczy – wyzyskująca ich korporacja Viacom – pasywny odbiorca kupujący boxed set (dzień dobry!) albo płacący za abonament kablówki”.

Czysto internetowe kariery odtwarzają ten schemat. Dostarczyciel kontentu (Niekryty Krytyk czy Kasia Tusk) monetyzuje się reklamami, od czego Google kasuje lwią część, wykorzystując monopolistyczną pozycję, a pasywny odbiorca pasywnie odbiera.

„Otwieranie zasobów” ma rozwijać kulturę partycypacyjną. O ile rozumiem intencje zwolenników tej idei, chodzi im o to, żeby utwory, dajmy na to, Krzysztofa Pendereckiego mogły być wykorzystywane jako podkład do internetowych filmików, bo w internecie „wszyscy jesteśmy twórcami”.

To może brzmieć sensownie, gdy wyznajemy Optymistyczną Teorię Internetu Obywatelskiego. Ale brzmi to bezsensownie z punktu widzenia Pesymistycznej Praktyki Internetu Korporacyjnego.

Mamy wywłaszczyć Pendereckiego, żeby Kinaczewa użyła „Stabat Mater” jako podkładu, a Google przy tym sprzedawał reklamy? Meszuge!

Rymar i Tarkowski zarzucili twórcom, że są zapatrzeni w lusterko wsteczne. Powiedziałbym, że wyznawcy teorii Kultury 2.0 są zasłuchani w GPS z błędną mapą. Bezrefleksyjnie zasłuchani w jego wskazówki pędzą na manowce.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz