Nieświeże (z)mielone

http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/9/96/The_Gerry-Mander_Edit.png/458px-The_Gerry-Mander_Edit.png

Kiedy byłem małym chłopcem, hej, słuchałem dużo zespołu „The Stranglers”. Mieli ci oni polityczną piosenkę „Nuclear Device”, w której na początku padało tajemnicze zdanie „I don’t really care about which way you vote, cause my gerrymander works so fine”.

Możecie się domyślać, jak bardzo to zdanie intrygowało nastolatka w komunistycznym kraju, próbującego zrozumieć fenomen zachodniej demokracji! Dziś w wikipedii można  zobaczyć oryginalny rysunek przedstawiający „salamandrę gubernatora Gerry”, a dla abonentów Piano mamy cymesik, czyli skan źródła – strony „Boston Gazette” z 1812! 

Piszę o tej salamandrze w dzisiejszej „Świątecznej”. Jak pamiętają weterani tutejszych blogodyskusji, do idei JOW mam naprawdę bardzo dużo sympatii.

Polski system partyjny mi nie odpowiada. Od 20 lat głosuję wyłącznie „przeciw komuś” i na „mniejsze zło” (albo i wcale nie idę na wybory). Gdyby był jakiś cień powodu, by przypuszczać, że JOW to poprawią, popierałbym tę ideę.

Szukałem przez parę lat takich uzasadnień, na własną rękę, po prostu, żeby mieć własne zdanie. W ten sposób z ostrożnego sympatyka JOW zmieniłem się w zdeklarowanego przeciwnika (proszę, kolejny przykład, jak bardzo mylą się ci, którzy twierdzą, że nie da się mnie przekonać do zmiany zdania, to tylko kwestia dobrych argumentów).

Trochę z tych argumentów przytoczyłem w dzisiejszym artykule. Najważniejszym jest podatność JOW na legalną manipulację. Ten, kto wyznacza granice okręgów wyborczych, ten kreuje wynik wyborów. Podzielenie Polski tak, żeby cała należała do PO i PSL, jest naprawdę przygnębiająco proste.

Gerrymandering w amerykańskiej demokracji po raz pierwszy zastosowano w 1788 (najstarszy udokumentowany przypadek). Nazwa pojawiła się w 1812. Stosowany jest do dzisiaj, proszę zobaczyć tę niesamowitą mapę okręgów wyborczych w hrabstwie Travis w Teksasie.

Nie istnieje w praktyce sposób, który mógłby to powstrzymać, bo przecież granice okręgów wytyczają politycy aktualnie sprawujący władzę – którzy potem w tych okręgach będą startować. Jak tego zabronić? Jak udowodnić, że granice zmieniono dla manipulowania wyborami? Przecież zawsze się znajdzie jakieś oficjalne uzasadnienie.

Skutkiem są „safe seats”, czyli okręgi, w których wynik wyborów jest znany na długo przed wyborami. Mianowanie kogoś przez dominującą tu partię nazywane jest w USA „tantamount to election” – „logicznie równoważne wyborowi”.

Nawet Korwin-Mikke by wreszcie wygrał jakieś wybory, gdyby go demokraci wysunęli na Manhattanie. Taki kandydat po prostu nie może przegrać.

W swoim tekście podałem kilka konkretnych przykładów. Po skrótach został tylko przykład okręgu wyborczego, który obecnie w Kongresie reprezentuje Nancy Pelosi (choć wypadła ta informacja). Od 1949 wygrywają tam wyłącznie Demokraci, Republikanie już nawet nie prowadzą kampanii, bo po co.

Jeszcze ciekawszy wydaje mi się okręg Knoxville w Tennessee, w którym od 1857 nieprzerwanie wybory wygrywają Republikanie. To tym bardziej paradoksalne, że Demokraci często sprawują władzę lokalną w samym Knoxville – ale w wyborach parlamentarnych przegłosowuje ich republikańska wieś dookoła miasta. Wystarczyłoby zmienić granice okręgów, żeby wyniki były inne – ale w imię czego miałyby to zrobić republikańskie władze stanu?

Tak samo jest w Wielkiej Brytanii. Według szacunków z 2010, 382 na 650 okręgów wyborczych (59%), to „safe seats”. Torysi mogą sobie spokojnie odpuścić kampanię w robotniczych dzielnicach Birmingham, podobnie jak labourzyści w londyńskim Kensington. W USA również „safe seats” stanowią większość.

Rozumiem cały zwodniczy urok JOW, bo w teorii rzeczywiście może się wydawać, że to uwalnia politykę od dominacji partyjnej biurokracji. Nagie fakty jednak mówią, że w praktyce jest inaczej. A ja wierzę faktom, nie teoriom.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz