Wolność w Internecie

Kiedy korporacje mówią o wolności, należy się bać. Co do tej ogólnej zasady zgodzą się chyba wszyscy bywalcy tego bloga.

Spór zaczyna się gdzie indziej. Niektórym korporacjom udało się na tyle zręcznie rozegrać swój pijar, że akurat ich wypowiedzi o wolności część ludzi bierze za dobrą monetę.

W rezultacie spory o prawa autorskie w cywilizacji cyfrowej często błędnie są przedstawiane tak, jakby to była walka z korporacjami o „wolność” – a nie walka między różnymi korporacjami, które mają sprzeczne interesy.

W sporach typu „Viacom versus Google” po obu stronach występuje korporacja. Ta druga jednak finansuje instytucje zawodowo zajmujące się „wolnością”, takie jak Mozilla czy Creative Commons.

Zawodowi specjaliści od wolności w internecie o Google mówią więc najczęściej albo dobrze, albo wcale. W tym klasycznym łańcuchu, „Tarkowski cytujący Lipszyca cytującego Lessiga” praźródłem cytatu przeważnie okazuje się ktoś tak finansowo zależny od Google, jak organizacja Creative Commons. Co za tym idzie, rzadko z tego łańcucha wyjdzie jakakolwiek myśl krytyczna wobec korporacji z Mountain View.

A korporacja z Palo Alto? Nadal w wydatkach na lobbying pozostaje daleko za Google, ale wydatki Facebooka rosną dużo szybciej. W 2012 w USA Google wydał 16,5 miliona na kupowanie wpływów, Facebook tylko 4 miliony. Ale w przypadku Google to wzrost o 70%, a w przypadku Fejsa – o 200%. W tym tempie to się wyrówna w przyszłym roku.

Facebook i tak w tym wyścigu stoi na uprzywilejowanej pozycji jako strażnik dyskursu. Jeśli Google zdecyduje się kogoś wyciąć z wyników wyszukiwania, tego kogoś nadal możemy odnaleźć choćby przez Binga, jakąś linkownię albo wpisanie adresu z palca.

Facebook wycina ze sprawnością godną orwellowskiego Ministerstwa Prawdy. Jeśli kogoś wycina, to robi to tak, jakby ten ktoś nigdy nie istniał. Jeśli zabrania poruszania jakiegoś tematu (a te cenzorskie zapisy na fejsie są tajne jak w PRL i równie przedziwne, np. nie wolno rozmawiać o Kurdach) – to takiego tematu też nigdy nie było.

To szczególnie smutne, gdy się patrzy, jakie znaczenie młodzi ludzie przypisują Facebookowi. Obawiam się, że metafora Szlendaka o traktowaniu Facebooka jak ojczyzny jest trafna. Ale w takim razie czym jest wtedy karne usunięcie konta za naruszenie cenzorskich zapisów – banicją? Odebraniem praw obywatelskich? Karą śmierci?

W każdym razie, czymś dotkliwym. Dlatego jeśli jesteś Jasiem Kapelą, lepiej od razu usunąć z pamięci mgliste wspomnienia o istnieniu jakichś Kurdów. Nigdy ich nie było, a Wschodnia Azja zawsze była sojusznikiem Oceanii.

Nie jestem wrogiem korporacji jako takich. Bez nich nie może istnieć kapitalizm, a lepszego ustroju ludzkość póki co nie wymyśliła. „Póki co” – chciałbym podkreślić z należytym naciskiem, ale fakt pozostaje faktem, kubańska czy północkoreańska alternatywa wyglądają mało zachęcająco.

Korporacje mają jednak różne interesy. Jedne są za rozwijaniem alternatywnych źródeł energii, inne za eksploatacją paliw kopalnych. Jedne mają interes w utrzymywaniu trzecioświatowych dyktatur, inne w promowaniu wolności obywatelskich.

W sporze między korporacjami budującymi swój model biznesowy na płaceniu artystom a budującymi go na monetyzowaniu piractwa, będę oczywiście stać po stronie tych pierwszych. To znaczy, że w sporze Viacom kontra Google będę kibicował Viacomowi. Ale z drugiej strony, będę kibicować Google’owi np. w zwalczaniu nieuczciwej konkurencji serwisów strumieniowych działających na totalnym nielegalu.

Najważniejsze dla mnie jest to, żebyśmy uświadomili sobie przede wszystkim to, że spory dotyczące ACTA, dozwolonego użytku, wyłączenia odpowiedzialności, zmiany UŚUDE itd., są sporami międzykorporacyjnymi. Google i Facebook nie włączają się w nie bezinteresownie.

Kiedy więc ktoś mówi, że jest „za wolnością w Internecie”, zapytajmy go przede wszystkim, wolnością jakiego korpo do czego. Bez doprecyzowania taka deklaracja jest przecież tylko pustosłowiem.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz