Wężowy całokształt

Jednym z powodów, dla których konsekwentnie odmawiam zapamiętywania nazwisk starletek, o których piszą Plotek z Pudelkiem jest kompletny brak szacunku do tego, jak i w czym grają. Chętnie zapamiętam nazwisko nawet trzecioplanowego aktora z porządnego serialu, ale polską produkcją nie zamierzam sobie zaśmiecać pamięci.

Trochę niezręcznie się więc czułem wczoraj na gali wręczania nagród dla najgorszego, co się działo w 2012 roku w polskiej kinematografii, bo większości z tych filmów nie oglądałem i nie mam ochoty oglądać. Polskie złe filmy nie są niestety złe w takim sensie, w jakim złe są filmy Tromy czy Eda Wooda, ciężko się to ogląda nawet przy założeniu „oglądania dla beki”.

Najbardziej mnie w nich razi właśnie ta celebrycka pretensjonalność. Nazwiska aktorów grających w „Toksycznym mścicielu” znają tylko specjaliści. Gwiazdy dennych polskich filmów i seriali tymczasem z automatu stają się celebrytami i zaczynają nas straszyć z reklam typu „znana osoba kupuje smartfona”.

Widzę tu paralelę z polskimi sportowcami (których też, jak wiadomo, nie lubię). Choćby patałachy z reprezentacji przegrały do zera z San Marino, i tak przy każdym euro w mundialu miasto zaroi się od bilbordów z konterfektami przygłupów noszących krótkie majteczki w barwach narodowych.

Sensem tych reklam ma być coś w stylu „wygrywaj jak piłkarz” albo „bądź tak dobry w swojej branży, jak starletka w swojej”. Tak to przynajmniej teoretycznie działa w innych krajach.

Przez to, że chodzi o polską piłkę, polskie kino i polskie seriale, sumarycznym przekazem polskich mediów staje się kult nieudacznictwa. „Trać zasięg z naszą siecią komórkową tak często, jak bramkarz reprezentacji przepuszcza piłki”. „Wyglądaj żałośnie jak amant w polskiej komedii romantycznej”. „Bądź przygłupiastą pipulinką jak gwiazda polskiego serialu”.

Dlatego z wszystkich polskich złych aktorów, złych scenarzystów, złych producentów i złych reżyserów mam coś w rodzaju szacunku tylko dla Mariusza Pujszo, który odebrał wczoraj nagrodę za całokształt twórczości (i jeszcze kilka statuetek za konkretne osiągnięcia).

Tak porządnie od początku do końca wytrzymałem w kinie tylko na dwóch jego filmach. W jednym napisał tylko scenariusz („Francuski numer”), w drugim także występuje, koprodukuje i pewnie jeszcze dostarczał catering. To zajawione powyżej „Gun Blast Vodka”.

Pujszo jest o tyle zabawnym przypadkiem, że on bardzo chce być komikiem, ale jest całkowicie pozbawiony poczucia humoru. To trochę tak, jakby ktoś pozbawiony słuchu bardzo chciał być muzykiem i poświęcał temu tyle energii, że w końcu regularnie jednak udawało mu się zaaranżować jakiś koncert tu czy tam, podczas którego z zapałem bezmyślnie stuka w przypadkowe klawisze fortepianu.

Bo Pujszo jakimś cudem ciągle jest w stanie znaleźć pieniądze na swoje kolejne projekty. Nie mam pojęcia, jak on to robi, chociaż z grubsza mogę się domyślić.

Świat produkcji filmowej na całym świecie pełen jest ściemniaczy. Ludzi, którzy tak naprawdę nic nie mogą i nic nie potrafią, ale drukują sobie wizytówki z napisem „aktor”, „producent”, „reżyser” i starają się bywać na iwentach tylko po to, żeby ludzie branży im się w końcu zaczęli machinalnie odkłaniać.

Pujszo nie jest ściemniaczem. Ma autentyczny dorobek. Co z tego, że poniżej krytyki. Dla ściemniaczy to on teraz jest autorytetem, drogowskazem, obiektem podziwu. I ci ściemniacze prędzej czy później nagonią mu kapitałowego inwestora – kogoś, kto w branży stawia pierwsze kroki i (jeszcze ciągle) ma szmal.

I pewnie go straci, ale za to będzie mógł potem z dumą opowiadać, że poznał prawdziwe gwiazdy. Cóż, różne dziwne rzeczy ludzie robią ze swoimi milionami. Tych od turystyki ekstremalnej też nie rozumiem.

To charakterystyczne, że na pudelku Pujszo pojawia się tylko w kontekście „seks afery w szołbiznesie”. Oraz w kontekście wczorajszej ceremonii.

Obracał się wśród celebrytów i celebrytek, ale nie został jednym z nich. Za to ma u mnie plusa, bo celebryckiej ściemy nienawidzę nawet bardziej od pospolitego braku talentu.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz