Wszyscy jesteśmy roszczeniowi

„Roszczeniowy” to najważniejsze słowo Trzeciej Rzeczpospolitej. Słownik języka polskiego z 1981 definiuje je w znaczeniu, którego dziś w ogóle nie używamy: „w prawie cywilnym: uprawnienie do żądania od określonej osoby określonego zachowania się”.

W 1989 nagle pojawił się neosemantyzm, definiowany w dzisiejszym słowniku jako «wyrażający się w nieuzasadnionych lub nadmiernych żądaniach» (acz nadal na drugim miejscu wspominane jest archaiczne znaczenie sprzed 30 lat, «odnoszący się do roszczeń prawnych»). Co byśmy bez tego neosemantyzmu zrobili!

Bylibyśmy biedni, bo przecież to fantastyczne, dysponować takim słowem-nalepką, którym możemy komuś zakleić usta. Zamiast uzasadniać, dlaczego jego roszczenia uważamy za niesłuszne, robimy „pac!” metkownicą.

I już wiadomo, że te roszczenia są niesłuszne, bo roszczeniowe. W odrożnieniu od tych słusznych, bo naszych.

Żal mi Jerzego Urbana, któremu to by tak bardzo ułatwiło życie, gdyby mógł oskarżyć opozycję o „roszczeniowość”. Nie mógł, bo nie było jeszcze tego neosemantyzmu.

Widać, że bardzo tego słowa mu brakowało 10 stycznia 1984, gdy na jednej ze swoich słynnych wtorkowych konferencji zarzucał podziemnym związkowcom, że „stawiają jedynie żądania, nie troszcząc się o poprawę produkcji”. Sam ten pomysł, że akurat związki zawodowe mają się troszczyć o „poprawę produkcji” jest oczywiście fundamentalnie głupi, ale widać tutaj zalążki procesów myślowych, prowadzących do stworzenia neosemantyzmu.

Kto go wymyślił? Wild guess: to mogło być gdzieś podczas obrad okrągłego stołu. Ktoś do kogoś rzucił „no już nie bądźcie tacy roszczeniowi”, bo pałętało mu się po podświadomości niejasne wspomnienie takiego pojęcia z czasów praktyki prawnej.

W każdym razie, już w pierwszych numerach „Gazety Wyborczej” pojęcie używane jest w znaczeniu zbliżonym do neosemantycznego, choć jeszcze widać nienaturalnie szeroki zakres, jak to bywa, gdy rodzi się nowe słowo. Według mojego skromnego riserczu, słowo po raz pierwszy padło w czwartym numerze z 11 maja 1989.

Kto był wtedy roszczeniowy – związkowcy? Rolnicy? Studenci? Feminazistki? Nie, radzieccy dyplomaci.

Ekonomista Janusz Jankowiak pisał o negocjacjach dotyczących polskiego długu i ostrzegał władze, żeby nie przesadziły z wygórowanymi żądaniami wobec zachodnich banków, bo byłoby to „roszczeniowe jak postawa radzieckiej dyplomacji”.

W lipcu Michał Boni pisał, jaka powinna być „Solidarność” w kapitalizmie. Użył tego słowa w znaczeniu jakby w połowie drogi między archaizmem a neosemantyzmem, bo życzył „Solidarności”, żeby była „skuteczna w działaniu”, „jednocześnie proreformatorska i roszczeniowa”.

Bardzo interesujące. Przykładając dzisiejsze znaczenie wychodziłoby, że Boni życzy związkowcom, żeby wysuwali „nieuzasadnione lub nadmierne” żądania, będąc jednocześnie skutecznymi i proreformatorskimi! Narodziny nowego słowa to fascynujące zjawisko.

W publicystyce „Gazety Wyborczej” największy wkład do utrwalenia ustalonego kanonu „roszczeniowości” miała Teresa Bogucka, która pojęciu „roszczeniowości” poświęciła dwa duże teksty publicystyczne – „Baczność! – czyli rzecz o postawie roszczeniowej” (29.08.1989) i „Nostalgia za Solidarnością” (31.10.1989).

W tym pierwszym „postawę roszczeniową” zdefiniowała jako „coś w rodzaju namolnej bierności”, sugerując, że tę postawę wytworzył w Polakach komunizm. W drugim przestrzegała przed idealizowaniem pierwszej „Solidarności” – „jej odświętny obraz nie powinien usuwać z pamięci (…) roszczeniowych odruchów, jak walka o wolne soboty”.

Nawet te dwa znaczenia jednak nie pasują do siebie – walka o wolne soboty” ma być „namolną biernością”? W każdym razie w roszczeniowość jest już jednoznacznie be. Nie wiadomo tylko, co jest cacy, ale można się domyślić, że jak zwykle „proreformatorskość”.

Nie lubię tego neosemantyzmu, bo on przecież nie ma sensu. W każdym konflikcie społecznym pojawiają się sprzeczne roszczenia. Gdy jedne z nich nazwiemy „roszczeniowymi”, a więc z definicji niesłusznymi – tylko pozorujemy dyskusję, w rzeczywistości zastępując ją strzałem z metkownicy.

Dyskusja zaczyna się robić ciekawa dopiero, gdy zaczniemy uzasadniać, dlaczego właściwie roszczenia strony przeciwnej wydają nam się nadmierne lub niesłuszne. Niestety, łatwizna słowa-wytrychu sprawia, że trudna sztuka merytorycznego uzasadniania jest w zaniku wśród publicystów Trzeciej Rzeczpospolitej.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz