Ani Waszyngton, ani Moskwa

KUP TA KSIAZKA

Drodzy komcionauci i wy, zacni lurkerzy. Wyszła właśnie moja czwarta książka. Właściwie trzecia i pół, bo ma niewielką objętość, przypominającą znane koleżeństwu kieszonkowe przewodniki z serii Pascal Lajt.

Jestem gorącym zwolennikiem tezy, że najlepsze podróże odbywa się w kapciach na fotelu. Z książką, mapą i filiżanką Earl Greya.

Moja ksiażka jest więc teoretycznie przewodnikiem, w którym polecam pięć wycieczek szlakiem powieści Stiega Larssona. Nadaje się jednak na lekturę samoistną, także dla tych, którym szkoda kasy na podróże do tego absurdalnie drogiego kraju. Mapki są dostosowane do rozmiaru standardowego palucha według norm ISO i CE.

Ponieważ rzecz traktuje o feministycznych kryminałach pisanych przez trockistę, jest jednocześnie najbardziej upolitycznioną książką, jaką dotąd napisałem. Na zachętę – fragment ze spaceru szlakiem samego pisarza.

W czasach młodości Larssona Szwecja pełna była różnych ugrupowań lewicowych i każde z nich miało własną księgarnię. U anarchistów w Kafe 44 już byliśmy. Gdyby to były lata 80., na tej samej Drottninggatan moglibyśmy trafić dużo dalej na lewo (w obu znaczeniach), idąc parę kroków dalej do Drottninggatan 73B.

Dziś jest tam zwykły antykwariat specjalizujący się w książkach historycznych („Centralantikvariatet”). W czasach Larssona była tam księgarnia Szwedzkiego Związku Komunistycznych Robotników, czyli tak zwanej frakcji Perssona. Byli to komuniści tak radykalni, że wystąpili z promoskiewskiej partii po śmierci Stalina, sprzewijając się odwilży. W Polsce ich odpowiednikiem była frakcja Mijala, której działacze w 1965 uznali Gomułkę za nacjonalistycznego liberała, wystąpili z PZPR i poprosili o azyl polityczny w Albanii. Mijal wrócił do kraju w 1983 i rozdawał ulotki sławiące „prawdziwy” komunizm.

Frakcja Perssona ewoluowała w stronę maoizmu. Ale oczywiście prawdziwi maoiści mieli też swoją księgarnię „Oktober” przy Holländargatan. Krótko mówiąc, ówczesny Sztokholm był pełen ludzi uważających Stiega Larssona z jego hasłem „ani Waszyngton, ani Moskwa” za oportunistycznego zdrajcę rewolucji. Nic dziwnego, że najlepiej się czuł w księgarni Röda Rummet, w której państwa nie chciano ani niszczyć (jak w Kafe 44), ani też nie uważano, że powinno ewoluować w stronę wzorców amerykańskich czy radzieckich.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz