Kto w Polsce ma HIV?

Odpowiedź na tytułowe pytanie z książki Jakuba Janiszewskiego „Kto w Polsce ma HIV”? brzmi „a cholera jedna wie”. Mam nadzieję, że autor wybaczy mi, że zdradzam ten sekret, ale jego książka to nie kryminał – a jeśli już, to raczej z tych takich proceduralnych, w których opis dochodzenia jest ciekawszy od samej zagadki.

„To nie jest książka odpowiedzi. To jest książka pytań” – pisze Janiszewski na wstępie. Opisuje rozmowę, którą odbył w korpostołówce na Czerskiej z Gwiazdą Polskiego Reportażu, „przy grzance i kaszance” – Gwiazda radziła mu, jak napisać „prawdziwą książkę reporterską”, a Janiszewski czuł, że jednak nie o to mu chodzi.

Znalazł własną, oryginalną formułę. Napisał reportaż z pisania eseju. Ta książka to jakby pamiętnik dziennikarza, usiłującego znaleźć odpowiedź na tytułowe pytanie przy pomocy różnych dziennikarskich metod – zbierania ludzkich historii, rekonstruowania wydarzeń z wycinków, sięgania po statystyki.

Ach, statystyki. Jak wiadomo, wynika z nich, że jest świetnie, a nawet jeszcze lepiej. Nie ma nowych zakażeń, a w ogóle jest ich kilkakrotnie mniej per capita, niż w innych krajach Europy. Polska jest „wyspą szczęśliwości”, cytuje optymistyczne materiały prasowe Janiszewski.

Tyle że jak trochę poskrobać, lukier odpada z tortu. We Francji robi się 5 milionów testów, w Polsce w punktach Diagnostyczno-Konsultacyjnych 30 tysięcy, a dane z innych źródeł giną w niesprawnym obiegu danych [EDIT – proszę sprawdzić dyskusję]. Polska jest pełna ludzi, którzy nigdy w życiu nie zrobiło sobie testu na HIV – bo uważa, że ich to nie dotyczy, skoro nie są grupą ryzyka.

Ale grupy ryzyka też nie są badane. Ostatnie spełniające akademickie normy badanie prostytutek przeprowadzono w roku 2002 (i było wtedy 9 zakażeń na 400). Krajowe Centrum ds AIDS nie zajmuje się prostytutkami, raczej piętnuje je jako zagrożenie epidemiologiczne.

Publikacje Krajowego Centrum w ogóle pełne są pokrętnej moralności, takiej trochę pani Dulskiej, a trochę Jana Pawła II, co celnie wytyka Janiszewski. W 2008 roku Centrum uruchomiło kampanię porad profilaktycznych, z których pierwsza brzmiała: „używaj tylko własnych przyborów kosmetycznych, np. żyletek i sprzętu do golenia i depilacji”.

Prezerwatywa pojawia się w tej wyliczance na szarym końcu. Najważniejsza porada to – chowaj depilator przed obcymi. „Czy na świecie działają wspólnoty ludzi, których ekscytuje wspólne golenie i depilowanie?”, ironizuje Janiszewski (najwyraźniej nieświadomy internetowej Zasady Nr 34).

W Polsce tak jak w Afryce, państwowe instytucje unikają propagowania używania prezerwatyw. Obowiązują wytyczne z przemówienia prymasa Glempa na Jasnej Górze z sierpnia 1992, w którym padło wyraźne rozgraniczenie na „winne” i „niewinne” ofiary choroby.

W tym czasie Marek Kotański toczył walkę z kolejnymi lokalnymi społecznościami, protestującymi przeciwko urządzeniu ośrodka dla chorych na AIDS w ich miejscowości. Janiszewski nie ulega „kultowi Kotana”, który do dzisiaj panuje w mediach. Pisze o tych akcjach krytycznie.

Kotański był showmanem. „Wydawał się w tej szalonej atmosferze” spełniać, pisze Janiszewski opisując, jak Kotański spraszał telewizje, żeby przed kamerami wykonywać teatralne gesty. Media oczywiście go popierały, prześcigając się w potępianiu nietolerancyjnych mieszkańców, a przecież to normalne w demokracji, że „sprawa tworzenia nowych ośrodków wymaga spokoju i długotrwałych negocjacji”.

Krajowym guru od AIDS stał się w końcu „ksiądz Arkadiusz Nowak, którego Kotański szczerze nie znosił i z którym toczył dyskretną wojnę o wpływy i aureole (…) obaj są do siebie podobni: obaj przeświadczeni o własnej wyjątkowości, narcystyczni, medialni i skupieni na budowie własnej pozycji”.

„Ksiądz Arek zawsze miał rękę do celebrytów” – pisze Janiszewski. Tak dotarł do prezydentowej Kwaśniewskiej, która okazała swe solidarne współczucie chorym na AIDS. Nie całkiem jednak bezwarunkowe.

„Jolanta Kwaśniewska chętniej stylizowała się na księżną Dianę niż Matkę Teresę, a na twarzach niektórych zakażonych działających w organizacjach pozarządowych malowały się, niestety, i przeszłość narkomańsa, i wytworzona leczeniem antyretrowirusowym lipodystrofia. Wspólne eventy (…) zatrącały więc o kwestię zdjęć, na których tych najbardziej zniszczonych osób miało nie być”.

Tym cytatem pozwolę sobie metaforycznie podsumować całą książkę. Sytuacja HIV w Polsce jest jak takie bardzo ładnie upozowane zdjęcie, z księdzem Arkiem, celebrytami i Jolantą. Wygląda tak ślicznie, bo niektórych osób na nim nie ma i ma ich nie być.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz