Zastrzelił Millera i odjechał w dal

Do not forsake me oh my darling

Ikonicznym symbolem 4 czerwca w Polsce stał się plakat Tomasza Sarneckiego, na którym Gary Cooper jako szeryf Will Kane idzie na decydujący pojedynek z gangsterem Frankiem Millerem. W tym symbolu jest ironiczna perwersja, którą można wytłumaczyć, dlaczego święto 4 czerwca nie może się zadomowić w naszym kalendarzu.

Plakat obrasta w interpretacje w oczywisty sposób błędne. Nawet w angielskiej Wikipedii znajdujemy idiotyczną anegdotę, jakoby Sarnecki wziął sylwetkę Coopera z plakatu Mariana Stachurskiego z 1959. Nieprawda, plakat Stachurskiego jest inny. I przy okazji spojluje zakończenie.

Szkoda, bo walorem zakończenia jest to, że zaskakuje widza. To ważne, bo to nie jest typowy happy end, z definitywnym triumfem Dobra nad Złem. Zakończenie wydaje się względnie dobre dlatego, że spodziewaliśmy się jeszcze gorszego.

Gary Cooper idzie na pewną śmierć. Mam wrażenie, że sam autor plakatu nie pamiętał dokładnie tego filmu, bo charakteryzuje szeryfa Kane’a tak: „Wspaniały bohater z hollywoodzkiej bajki, walczący o wolność i sprawiedliwość, był postacią idealną”.

To bardziej pasuje do Johna Wayne’a w „Rio Bravo”, nakręconym zresztą właśnie jako polemika z pesymizmem „W samo południe”. O co walczy Kane, to nie jest w tym filmie powiedziane wprost – i jego motywacja jest na tyle niezrozumiała dla całego otoczenia, że wszyscy się od niego odwracają.

Kane jest już jedną nogą na emeryturze, miasteczko będzie miało niedługo nowego szeryfa. Gary Cooper ma w tym filmie 51 lat i nie gra „postaci idealnej”. Gra zmęczonego życiem faceta, który po prostu nie chce zginąć uciekając.

Frank Miller, morderca, którego ujął pięć lat temu i wsadził za kratki, właśnie wychodzi z więzienia za sprawą „ludzi z północy”. Dialogi w filmie krążą ciągle wokół tych „ludzi”, zapewne mieszkańców stolicy terytorium.

„Ludzie z północy” wypuścili Millera. „Ludzie z północy” mogą zainwestować w rozwój miasta, dlatego burmistrz nie chce kłopotów. „Co oni sobie o nas pomyślą, jak przeczytają o strzałach i trupach na ulicy”, mówi burmistrz i apeluje do szeryfa – wyjedź. Zostaw nas. Miller nam nic nie zrobi, on ma swoje porachunki z tobą, nie z miastem.

Kane początkowo ulega. Właśnie poślubił Amy – czyli Grace Kelly! – dla mężczyzny po pięćdziesiątce to wystarczający powód, żeby chcieć żyć.

Uświadamia sobie jednak, że Miller i tak będzie go ścigać. Jeśli dopadnie ich oboje na prerii – zabije ich. Jeśli dopadnie go samego w mieście, zabije tylko jego. On nie walczy o „wolność i sprawiedliwość”, walczy o życie Amy.

Spisuje testament i przez wyludnione ulice miasteczka, w którym wszyscy odwrócili się od niego plecami, idzie na śmierć. Dziwny symbol jak na plakat wyborczy! Podejrzewam, że Sarnecki po prostu pomylił westerny.

Happy end owszem, następuje, ale bardzo gorzki – zaspojlowany na polskim plakacie z 1959. W ostatniej chwili Amy, wyrzekająca się przemocy z pobudek religijnych kwakierka, okazuje się zaskakująco sprawnie strzelać i lać w mordę.

Zło przegrywa. Ale Dobro nie wygrywa.

Kane spogląda z pogardą na to nędne, tchórzliwe miasteczko, gotowe sprzedać duszę i honor za inwestycje „ludzi z Północy”. Odpina gwiazdę szeryfa, rzuca ją w uliczny pył i odjeżdża z Amy.

A my zostajemy z pytaniem – ile czasu potrwa, zanim w miasteczku pojawi się następca Franka Millera? I kto stawi mu czoła, gdy Kane wyjechał na zawsze?

W kontekście pechowego święta 4 czerwca ten plakat możemy odczytać tak. Duch Gary’ego Coopera przyjechał do nas raz, w roku 1989. Zastrzelił komunę, spojrzał na nas z pogardą i odfrunął przy dźwiękach Dmitriego Tiomkina.

Zostaliśmy sami. I do dzisiaj wszystkie nasze aspiracje to ten żałosny sen o „ludziach z Północy” „sending money down here to put up stores and to build factories”, jak to ujmuje burmistrz Henderson. Postać fikcyjna, a jednak brzmi jak typowy polski polityk, prawda?

Nic dziwnego, że 4 czerwca nie jest radosnym świętem. Jego wizualnym symbolem jest drobna przepychanka w mieście, które tak jest charakteryzowane w tym filmie: „just a dirty little village in the middle of nowhere, nothing that happens here is really important”.

A gwiazda szeryfa? Wciąż leży w ulicznym pyle.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz