Czy Domaniewska stoi?

Zaglebie pekabu

Stałym elementem historii Warszawy jest brak konsekwencji w planowaniu przestrzennym, sięgający niepamiętnych czasów. Kiedyś opisywałem, jak za Króla Stasia wybudowano południową obwodnicę Warszawy po to, żeby zaraz ją przeciąć okopami Lubomirskiego.

Komcionautka Szpro rzuciła na fejsie pytanie, dlaczego właściwie w kopalni pekabu na Służewcu nie ma stacji metra. Prosta odpowiedź brzmi: bo gdy spółka Globe Trade Centre zaczęła wdrażać genialny plan przekształcania Służewca Przemysłowego w Służewiec Biurowy, metro już było. Gdzie indziej.

Ale skąd się w ogóle wziął ten bajzel? Nie ma pojedynczego winowajcy, jak zwykle w tym mieście złożył się na to splot historycznych okoliczności.

Do roku 1951 miejska zabudowa urywała się na wysokości Królikarni. Na południe od niej zaczynała się wieś.

Wołoska rozciągała się wtedy od Rakowieckiej do mniej więcej dzisiejszej Woronicza. Do dzisiaj zresztą po Wołoskiej widać, że gdy w 1956 dodano pętlę tramwajową na Woronicza, ulica wtedy tutaj kończyła bieg. Dzisiaj jest to miejsce tradycyjnego korka.

W 1951 roku poszerzono granice Warszawy. Miasto urosło niemalże trzykrotnie i odbyło się to w strasznym bałaganie, objawiającym się m.in. tym, że miasto długo nie potrafiło wydłużyć przelotowych arterii do swoich nowych włości.

Ślady przebiegu granicy z 1951 widać do dzisiaj w postaci różnych korkogennych wąskich gardeł. Do dzisiaj na przykład widać po ulicy Kasprowicza na Bielanach, gdzie biegła dawna granica (parę miesięcy temu zakończono jej poszerzanie w tym miejscu, ale ciągle kierowca na skrzyżowaniu z Oczapowskiego zauważy, że coś tu jest od czapy).

Rzecz w tym, że Warszawa nie miała wtedy planu zagospodarowania przestrzennego. W okresie stalinizmu zlikwidowano Główny Urząd Planowania Przestrzennego. Wszelkie planowanie podporządkowano planowaniu gospodarczemu w ramach planu 6-letniego (1949-1955).

Z urbanistycznego punktu widzenia ustrój totalitarny powinien mieć przynajmniej tę zaletę, że łatwo przejmować grunty pod inwestycje. W Warszawie to nie zadziałało, bo owszem, przejęto je zaraz po wojnie… ale dla starych granic. Przez cały PRL ciągnął się problem z terenami przyłączonymi po 1951 (i właściwie ciągnie się do dzisiaj).

Planowanie przestrzenne przywrócono w Warszawie na fali odwilży. W 1955 zezwolono na sporządzenie planu, który przyjęto w 1956. I to był pierwszy normalny plan po dwudziestoletniej przerwie, w którym urbaniści próbowali coś dorobić do serii faktów dokonanych przez Hitlera i Stalina.

Gdy w 1951 roku zapadła decyzja o budowie ośrodka przemysłowego w rejonie wsi Służewiec, nie miało to nic wspólnego z urbanistyką. Decydowały potrzeby przemysłu, miasto miało się zatroszczyć o dociągnięcie infrastruktury. I jak na te warunki, zrobiło to nieźle.

Powyższe zdjęcie pochodzi z książki „Plan Generalny Warszawy” z 1965 i przedstawia ulicę Postępu. Budynek na pierwszym planie stoi do dzisiaj, reszta się trochę zmieniła.

Po zdjęciu widać, że Służewiec Przemysłowy potrzebował mniej wykuwaczy pekabu w przeliczeniu na hektar. Jego potrzeby komunikacyjne wystarczająco zaspokajały zajezdnia tramwajowa przy Woronicza (oddana w 1956), przedłużenie linii do Marynarskiej w 1961 i pętla autobusowa przy Bokserskiej.

Bezcennym atutem powinna być stacja kolejowa Służewiec. W praktyce w PRL kolei nigdy nie umiano włączyć w miejski zbiorkom, w 3RP jest trochę lepiej, ale nie aż tak.

Pracownicy zresztą nie musieli daleko jechać. W planie z 1956 przewidziano dla nich pobliskie osiedla – położone w bezpośrednim sąsiedztwie Osiedle Prototypów (Ministerstwo Budownictwa testowało w nim różne rozwiązania urbanistyczne) zaczęto budować razem ze służewieckim fabrykami. Nieco dalsze – Wierzbno i Szosa Krakowska były gotowe w połowie lat 60.

W połowie lat 90. na gruntach podupadającego Służewca Przemysłowego fantastyczny interes zrobił Piotr Kroenke z założonej w 1994 firmy Globe Trade Centre. Warszawa miała wtedy deficyt przestrzeni biurowych, firmy musiały gnieździć się w kamienicach czynszowych w centrum.

GTC wybudowało (a później sprzedało) serię biurowców tworzących Mokotów Bussiness Park a także Galerię Mokotów. To wszystko działo się tak szybko, że dopiero w 2007 pokryto asfaltem ostatni odcinek Domaniewskiej, wybrukowanej kocimi łbami przez PRL.

Miasto za tym wszystkim nie nadąża, co wie każdy, kto w godzinach szczytu próbował przejechać Domaniewską, Wołoską, Marynarską, jezus maria, czymkolwiek. I nawet nie jest tak, że nic się nie robi – przebudowano skrzyżowanie Wołoskiej z Marynarską, poszerzono część Wołoskiej, przebito Cybernetyki do 17 Stycznia, są dalsze plany przebudowy Marynarskiej.

Urywająca się obecnie w polu trasa S79 kiedyś będzie zupełnie nowym szlakiem odciążającym Żwirki i Grójecką, pozwalającym teleportować się na Powązki. Niestety nie przed 2020.

Jak znam to miasto, w międzyczasie wydarzy się coś, co sprawi, że te wszystkie plany będą już wtedy kompletnie nieaktualne. Wiadomo, stolyca.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz