Kto nas wpuścił w technokanał

Jako autor książek jestem w tej komfortowej sytuacji, że nigdy ich sam nie wymyślam. Redaktorzy, którzy mają nieszczęście ze mną współpracować dobrze wiedzą, że na samym początku jest zawsze przebijanie przez mur mojego pesymizmu i lenistwa („ale po co, ale kto to kupi, etc.”).

Tym razem opierałem się stosunkowo krótko, bo wymagano ode mnie niewielkiego wysiłku. Dokonałem wyboru swoich technologiczno-internetowych blogonoci z lat 2007-2013 do ebooka do najnowszej edycji Book Rage.

Blogobywalcy nie dostaną w tym ebooku nowych treści, jeśli nie liczyć wstępu. Z drugiej strony oczywiście kupując pakiet Book Rage, kupią nie tylko to.

Chociaż nadal za najwspanialszy sposób dystrybucji kultury uważam sprzedaź egzemplarzową, nie jestem wrogiem modelu Humble Bundle / Book Rage. Pierwszą akcję przywitałem przychylnym felietonem, w którym pochwaliłem ten model jako „od początku stworzony na potrzeby cyberprzestrzeni”. Inne modele są pokalane analogowym grzechem pierworodnym, bo to próby stworzenia „wirtualnego kiosku” czy „metafory półki z książkami”.

Tym razem pakiet wychodzi z okazji przyjazdu do Polski Ebena Moglena, ulubionego prawnika Jarosława Lipszyca. W pakiecie ukaże się polski przekład jego tekstów z lat 1997-2010.

Na świat entuzjastów Free Software spoglądam dziś z Chichrenfreude. Coraz wyraźniej widać, że ich utopia internetu jako swobodnej, oddolnej, zdecentralizowanej obywatelskiej kooperacji, poszła się kochać. Zamiast tego dostaliśmy upiorną centralizację z inwigilacją.

Sądząc z najnowszego w tym zbiorze tekstu Moglena (wygłoszonego na krótko przed wejściem Facebooka na giełdę), dotarło to już do niego. Niestety, nie widać wniosków. „Jesteśmy technologami, powinniśmy to naprawić” – powiedział, ale to przecież puste hasło.

Twórców tak jak technologów zatrudniają korporacje dla zysku korporacji. Za darmo technolodzy to se mogą od niechcenia pomachać przez okno. Twórcy podobnie.

W wystąpieniu z 2010 Moglen przedstawił swoją koncepcję „freedom box” – pudełkowych serwerów WWW pod kontrolą wolnego oprogramowania, które pozwalałyby każdemu na hostowanie własnego kontentu z pominięciem Facebooka czy korporacyjnych chmur. W oparciu o takie serwery można by zdecentralizować Internet i urzeczywistnić wolnościową utopię.

Trzy lata po rzuceniu tej idei nadal nad tym pracują. A raczej udają, że pracują, projektu sprzętu nie ma wcale, a projekt softu ma dopiero pierwsze pre-release z wersją 0.1. W tym tempie to się skończy jak Hurd, projekt życia Richarda Stallmana.

Zdaje się, że tego Hurda wreszcie wypuścił. Mało kto to zauważył, bo jakie to ma teraz znaczenie? W świecie IT rok to epoka, projekt spóźniony o parę lat jest już projektem bez znaczenia. Freedom Box nawet jeśli za 5-10 lat zobaczy światło dzienne, będzie tak przestarzały i bezsensowny, że ludziom się nawet nie będzie chciało z tego śmiać. Jak z Hurda.

Oczywiście, ja też nie jestem zadowolony z tego, co wyszło z cyfrowej rewolucji. Ale nikt mi nie zarzuci, to że kiedykolwiek miałem jakieś złudzenia wobec kapitalizmu i korporacji. Żyję w tym systemie, więc muszę pracować dla jakiejś korporacji i kupować produkty innych korporacji, jeden są lepsze, drugie gorsze, ale nikt nie znajdzie cytatu, w którym deklaruję wiarę w ten system jako całość.

Niestety towarzycho od „free software” uległo w połowie lat 90. zaczadzeniu randroidyzmem. Pamiętacie faceta, który tu przyszedł bronić Google’a i powoływał się na znajomość z założycielami Internetu?

Popierali prywatyzację sieci, zwalczali państowe regulacje, skakali z kibolami „hop hop hop”. Świadomie lub nie, budowali pijarową osłonę dla cyberdyktatury. Gdy cyberkorpy zgarniały całą pulę, oni to nazywali „wolnością w sieci”.

Osobiście nie proponuję żadnej alternatywy, bo jej nie widzę. Pomysły typu „Fairphone” to ciągle vaporware. W dodatku skoro to ma chodzić pod Androidem, to nie obroni nas przed cyberinwigilacją.

Nie wierzę też w Firefox OS, bo Fundacja Mozilla jest za bardzo uzależniona od Google’a, żeby mogła zrobić coś, co zagrozi korporacyjnej dominacji nad światem. Gdyby tylko spróbowali, Google wyciągnie z nich wtyczkę i – cyt, iskierka zgasła.

Wierzę w zasadę, którą dałem na tytuł wyboru (żeby dotrzeć ze swoim msg do tych, którzy czytają tylko tytuły): JEŚLI NIE JESTEŚ PŁACĄCYM KLIENTEM, JESTEŚ TOWAREM. I wyciągam oskarżycielskiego palucha w kierunku tych, którzy działali na rzecz utowarowienia ludzkości.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz