October Songs

No i o czym mógłby być październikowy ranking od czapy, jeśli nie o piosenkach Lou Reeda. „September Song” to piękna piosenka o przemijaniu.

Reed nagrał ją kiedy miał tysiąc lat, to znaczy tyle co ja teraz i jakoś z miesiąc temu mnie naszło na jej słuchanie w samochodzie. Złota polska jesień przemykała za oknami, widać było, że dni będą teraz krótsze. I że w ogóle ich tak niewiele zostało i jakoś tak poczułem nieodpartą ochotę, żeby to sobie zapodać.

Fani tej piosenki często zapominają, że pochodzi z musicalu, w którym śpiewa ją postać negatywna. Gubernator Nowego Amsterdamu Peter Stuyvesant śpieszy się do małżeństwa z ukochaną bohatera pozytywnego – bo czuje, że ma już mało czasu. Stąd finałowa deklaracja, brzmiąca jednocześnie poetycko i jednocześnie szokująco przyziemnie.

Ta negatywność też ma drugie dno, bo w 1938 tę postać interpretowano (podobno) jako alegorię Franklina D. Roosevelta, w którego Nowym Ładzie niektórzy doszukiwali się wstępu do totalitaryzmu, bo jak to tak, żeby ludzie obowiązkowo płacili składki emerytalne. Może więc nie ma jednak nic zdrożnego w lubieniu bohatera tej piosenki?

„I’m Waiting For The Man” też słuchałem stosunkowo niedawno, bo wygłaszałem na konwencie miłośników kryminału spicz o gatunkowych stereotypach związanych z miastem. Ważkim stereotypem wydaje mi się stereotyp „złej dzielnicy”, którą na szkicowej mapce opisałem jako „across the tracks”, ale w Nowym Jorku było to tradycyjnie „Across 110th Street”.

Podmiot liryczny tej piosenki udaje się, jak wiadomo, na skrzyżowanie Lexington i Sto Dwudziestej Piątej, czyli do samego serca Harlemu. W ręce ściska 26 dolarów, które podobno było ceną działki heroiny w czasach świetności Franka Lucasa.

Podmiot liryczny trochę się boi, bo zaczepiają go lokalsi – „hej białasie, co tu robisz, czy tu przyjechałeś uganiać się za dziewczynami?”. „Pardon me sir, it’s furthest from my mind”, odpowiada podmiot liryczny i wyjaśnia, że czeka na swojego drogiego, drogiego przyjaciela, który niestety się zawsze spóźnia.

Po chwili pojawia się „The Man”, czyli dealer, podmiot liryczny idzie z nim do typowej kamienicy z Harlemu (typu brownstone) i lęki ustępują. Podmiot liryczny czuje się tak dobrze i wie, że to potrwa aż do jutra, które wydaje się inną epoką.

Interesujące z mojego punktu widzenia jest to, że to rasowo-geograficzne tło piosenki nie jest wspomniane wprost, bo dla Amerykanów getto jest językowym tabu. Nie mówi się „Tenderloin”, „Harlem” czy „South Central”, mówi się „po drugiej stronie torów”, „po drugiej stronie autostrady”, „po drugiej stronie sto dziesiątej ulicy” albo „uptown”.

„Walk on the Wild Side” to opowieść o życiu erotycznym transwestytów z otoczenia Andy Warhola. Holly Woodlawn, która/który przyszedł na świat w Puerto Rico jako Haroldo Santiago Franceschi Rodriguez Danhakl, zresztą niedawno odwiedziła/odwiedził nasz piękny kraj. Wszyscy bohaterowie istnieli naprawdę, ale nie wszyscy dożyli naszych czasów. „Then I guess she had to crash / Valium would have helped that bash”. To cud, że ktoś z tego środowiska dożył wieku, w którym można śpiewać „September Song”.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz