M 6800

Malanowska 6800

Motorola MC6800 to chip, który nie odegrał większej roli w ośmiobitowej rewolucji. Reklama tego procka zdradza istotę jego problemu.

Debiutująca na raczkującym rynku mikroprocesorów firma wyobrażała sobie swoją kostkę w profesjonalnych systemach. Chcieli firmom montującym na tej bazie własne komputery osobiste oferować cały zestaw chipów, obejmujących nawet sterownik modemu (MC 6860).

Pierwsze popularne ośmiobitowce stawiały tymczasem na układy oferowane przez MOS (6510, procek mego dzieciństwa) i Zilog Z80 (panie, ja nie jestem rolnikiem). Nie miały żadnych zalet, poza ceną.

Skutkiem ubocznym było drastyczne okrojenie funkcjonalności pierwszych popularnych komputerów. Ciężko było do nich podłączyć nie tylko modem, ale nawet stację dysków (nie mówiąc już o dysku twardym). Ciekawe jak by wyglądała alternatywna ścieżka rozwoju IT, gdyby już w połowie lat 70. popularne komputery można było łączyć w sieć?

Porażkę Motorola odkuła sobie przygotowując następcę 6800 – czyli szesnastobitowego 68000 z elementami architektury trzydziestodwubitowej, co pozwalało na późniejsze w miarę bezbolesne upgradowanie do 68020 i 68040. Przez chwilę komputery z Motorolką oferowały użytkownikom więcej od komputerów z prockami od Intela (skrępowanych bezsensownymi zaszłościami z ośmiobitowej przeszłości).

Skojarzenie z Motorolą 6800 to jedyne, co mi przyszło do głowy w miarę poważnego w reakcji na okrzyki Kai Malanowskiej, że tylko tyle zarobiła na pisanej przez 16 miesięcy książce. Poza tym już moją reakcją było tylko „lol”.

Niektórzy blogonauci narzekali, że Malanowska nie wywołała poważnej debaty na temat poziomu życia pisarzy w Polsce. Tak jakby czyjekolwiek wulgaryzmy na fejsie kiedykolwiek gdziekolwiek wywołały poważną debatę o czymkolwiek.

Te pierwsze odpowiedzi, które Malanowskiej udzielali Dehnel i Żulczyk, zawierały poważne i praktyczne porady. Jak negocjować zaliczki, jak podpisywać umowy, jakich wydawnictw unikać.

Gdybym kiedyś sam miał załamanie nerwowe związane fatalnymi wpływami z moich książek (o co oczywiście łatwo), oczekiwałbym tylko takich porad. „Słuchaj, czy wiesz, że z Europejskiego Funduszu Promocji Nihilizmu można obczaić dofinans na książki, które w tytule mają coś o nieistnieniu” – ach, jaki byłbym szczęśliwy, gdyby jakiś starszy kolega wyszedł z taką poradą.

Malanowskiej takie porady nie interesują. To czego właściwie oczekuje? Przytulenia, poklepania, pogłaskania po główce i szepnięcia „wszystko będzie dobrze”?

Jej brak zainteresowania przyziemnymi sprawami takimi jak umowa czy zaliczka pokazuje nieszczerość jej deklaracji o traktowaniu pisarstwa jako zawodu. Zawodowo zajmujemy się tym, co jest naszym głównym źródłem utrzymania – wszystko inne jest najwyżej odpłatnym hobby.

Dla Malanowskiej pisanie to hobby. Dla Vargi, Żulczyka czy Dehnela to jest tymczasem główne źródło utrzymania. Ja na razie ciągle jestem zawodowym dziennikarzem, ale pisanie książek szykuję sobie jako plan B na wypadek, gdyby ten zawód zechciał pożegnać się ze mną (mi z nim na tyle dobrze, że to nie ja pierwszy powiem „zostańmy przyjaciółmi”).

Malanowska ma więc ten luksus, że jeśli nawet poświęci 16 miesięcy na zarobienie 6800, nie stanie przed problemem zalegania z bieżącymi rachunkami. Varga, Żulczyk, Dehnel czy Jors Truli tymczasem w takiej sytuacji mieliby, hmmm, kłopot.

Bardzo jej tego luksusu zazdroszczę. Serio. Varga pewnie też (dlatego nie rozumiem uwag Karpowicza, że Varga przemawia z pozycji silniejszego – niby pod jakim względem Varga jest silniejszy? Na pewno nie pod finansowym…).

Ale skoro ona ma ten luksus, to trudno o porozumienie. Syty głodnego nie zrozumie. Jej fantazje o byciu zawodowym pisarzem to coś na zasadzie osiemnastowiecznych arystokratów, fantazjujących o prostym życiu pastuszka.

Ludzie żyjący z pisania po prostu nie mogą sobie pozwolić na luksus nieczytania umów, nienegocjowania zaliczek, nieinteresowania się źródłami dofinansowania ze środków publicznych. A z wypowiedzi Malanowskiej widać, że ona nawet nigdy się dotąd nie interesowała tym, czy przypadkiem gdzieś nie czekają na nią pieniądze.

Rynek książki w Polsce jest chory pod wieloma względami. Dominują na nim dwaj gracze: empik i chomik, obaj z różnych stron dołujący honoraria autorów. Wsparcie publiczne wbrew pozorom istnieje, ale trzeba wiedzieć jak działa, żeby je krytykować.

Jest o czym rozmawiać. Ale przecież nie z kimś, komu się nawet nie chce czytać własnej umowy.

PS. Będą wylatywały komcie zawierające fantazje komcionautów o sytuacji zawodowej czy materialnej Vargi, mojej czy czyjejkolwiek; proszę się opierać o publiczne wypowiedzi i weryfikowalne fakty


Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz