Spinfelczerzy

Zgodnie ze znaną psychologiczną prawidłowością, gdy już podjąłem decyzję o niegłosowaniu na PO, wszędzie widzę kolejne uzasadnienia. Uzasadnieniem nie wymagającym zbędnych słów jest obecność znanego wielbiciela Pinocheta na biorącym miejscu w eurowyborach (a przypominam, że ze względu na specyfikę tych wyborów, głos na kogoś zasługującego na szacunek, np. Danutę Hübner jest jednocześnie głosem na Miśka).

Na marginesie tego platformianego strzału w stopę pozwolę sobie na chwilę refleksji nad zjawiskiem spindoktorów. Prywatnie jestem nastawiony bardzo sceptycznie do tej profesji.

Nawet jeśli spindoktorzy odnoszą jakieś mierzalne sukcesy, to na krótką metę. Karl Rove odpowiadał za kilka sukcesów Republikanów w USA, ale na dalszą metę raczej zaszkodził tej partii.

U nas co wybory, to seria prasowych artykułów o rzekomym mózgu stojącym za czyimś sukcesem wyborczym. Już Kwaśniewskiemu prezydenturę rzekomo miał zapewnić Jacques Séguéla. Jego następcy – geniusz Adama Bielana i Michała Kamińskiego. Leppera rzekomo do Sejmu wprowadzić miał Tymochowicz, i tak dalej.

Tymochowicz to przykład o tyle pasujący mi do notki, że z wszystkich polskich doradców najbardziej wyraźnie widać, że ściemnia. Często mam wrażenie, że sam Tymochowicz podpuszcza tych, którzy traktują go serio – jak można uwierzyć, że kluczem do wygranej w wyborach jest kurs kreatywnego wymachiwania rękami?

To wrażenie umacnia dziwaczny film dokumentalny Łozińskiego, w którym Tymochowicz podjął się wyzwania wykreowania lidera z przeciętnego człowieka przy pomocy swojego voodoo. Oczywiście, nie udało mu się to, jego przeciętny człowiek pozostał przeciętnym człowiekiem. Co nie przeszkadza Tymochowiczowi dalej udawać specjalistę od wizerunku.

Najśmieszniejsze oczywiście, kiedy spinfelczer sam sobie uwierzy w swoją eksperckość. Dr nhab. Marek Migalski prawdopodobnie szczerze wierzył, że jego bezwartościowe porady tak bardzo pomagały PiS-owi w kampanii, że może sobie poradzić bez PiSu.

To jakaś zawodowa choroba spinfelczerów. Przeceniając rolę, jaką odgrywają w polityce, zakładają te wszystkie kanapowe partyjki, które odróżniają tylko specjaliści – Solidarna Polska Razem Jest Najważniejsza XXI.

Misiek przynajmniej miał dość zdrowego rozsądku by zauważyć, że pod sztandarami którejś z tych zakładanych przez siebie partyjek do europarlamentu się nikt nie dostanie. I mule będzie wcinał kto inny, sacrebleu.

Pozostaje pytanie, po co to było Platformie. Elektorat PO to przecież w dużym stopniu negatywny elektorat PiS.

Pozytywna wizja Polski w wykonaniu Platformy to zwykle jakaś bzdura w stylu „zrobimy drugi Dubaj” Szejnfelda. Ale negatywna wizja „jak przegramy, wygra PiS” przez dłuższy czas mobilizowała elektorat.

Skoro jednak wygrana PO ma oznaczać powrót najbardziej skompromitowanych osobników z PiS, negatywny elektorat machnie ręką. Co za różnica, czy do parlamentu wprowadzimy wielbiciela Pinocheta z etykietką „PO” czy z etykietką „PiS”? Miśka bym nie poparł nawet gdyby kandydował jako PPS.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz