Sfałszowane nagrania (NP 164)

Amerykańskie fochy na punkcie Lany Del Rey są dla mnie jak „awaria garderoby Janet Jackson” – nie jestem w stanie nawet zacząć próbować to zrozumieć. Jeśli dobrze rozumiem, hipsteriada z Pitchforka była sfrustrowana, że okazało się, że to nie jest genialna niezależna artystka, która nagrała sobie wideo własnym sumptem, tylko produkt starannej pracy producenta, menadżera i wizażysty.

Lana Del Rey to fejk. Nie ma takiej kobiety, to tylko sceniczna persona skromnej girl next door imieniem Elizabeth Grant. Próbowała zaistnieć ze swoim wyglądem i swoim głosem – nie udało się, więc wróciła jako female female impersonator.

No ale le helou, w czym problem? Sztuka przecież jakby z definicji jest sztuczna. „Born To Die” to świetna płyta, nawet jeśli wszystko na niej jest sfałszowane.

To zresztą w tym fałszerstwie podoba mi się najbardziej. Póki Bitelsi byli Bitelsami, ich płyty były po prostu mniej lub bardziej przypadkowym zlepkiem piosenek. Dopiero kiedy zaczęli budować wokół siebie mitologię, nagrali „Sierżanta Pieprza”.

Sfałszowana piękność prowadzi nas więc przez swoje płyty od początku do końca. Trzeba ich słuchać w całości, choć poszczególne piosenki też się bronią.

Najnowsze „Ultraviolence” też mi się podoba jako całość, chociaż najbardziej wpadło mi w ucho „West Coast”. Blogobywalcy wiedzą, że bardzo ważne dla mnie są fajne teksty – a zwłaszcza teksty, które się fajnie zaczynają.

„Down on the West Coast, they got a sayin’: If you’re not drinkin’, then you’re not playin’, but you…” – to jest świetne otwarcie piosenki miłosnej. I oczywiście wiem, że wszystko tu jest fałszywe, że nigdy nie istniał ani podmiot liryczny, ani „you” ani uczucie między nimi.

Ale i tak wiem, że jeśli będę jeszcze kiedyś wypożyczać samochód na West Coast, to będzie pierwszy kawałek, który w nim poleci z mojego iPoda.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz