Etyka dziennikarska i „Wprost”

Nie komentowałem na bieżąco afery podsłuchowej, bo nikomu w niej nie kibicuję. Złe zdanie o Latkowskim wyrobiłem sobie jeszcze na podstawie tych jego niemądrych filmów dokumentoidalnych. To człowiek z tabloidową mentalnością.

Oczywiście, to nie znaczy, że lubię Giertycha. Co o nim myślę, pisałem w czasach IV Rzeczpospolitej i nie zmieniłem zdania ani na jotę.

Cała ta sytuacja jest jednak bardzo interesująca dla każdego, kto się interesuje etyką dziennikarską. A dziennikarz musi się nią interesować, bo inaczej ona kiedyś zainteresuje się nim (ba-bum-psss).

Polski system, jak wielokrotnie pisałem, jest zły. Mamy trzydziestoletnie prawo prasowe, w którym nie ma wzmianki o internecie, jest za to wzmianka o Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej.

Nieprędko ktoś to ruszy, bo wynikający z tego bajzel jest na rękę politykom i dziennikarzom (a ściślej rzecz biorąc, wydawcom prasy). Skutkiem ubocznym jednak jest to, że etykę dziennikarską można łamać praktycznie bezkarnie, o ile dzieje się to poza radiem i telewizją (działającym według odrębnej ustawy i nadzorowanym przez KRRiTV).

Osobie zniesławionej czy znieważonej przez media teoretycznie pozostaje droga cywilna lub karna. Praktycznie wynik będzie losowy, bo sądy muszą na własną rękę szukać równowagi między ważnymi wartościami (wolność słowa kontra prawo do obrony dóbr osobistych).

Za rozwiązanie zbliżone do ideału uważam rozwiązanie szwedzkie. Tam na straży etyki dziennikarskiej stoi Rada Prasowa i urząd prasowego Ombudsmana.

Dziennikarzom zaproszonym na Stockholm Internet Forum zaaranżowano spotkanie w urzędzie. Mogliśmy więc porównać systemy w swoich krajach do rozwiązań szwedzkich.

W każdym kraju kluczowym kryterium przy ocenie etyki dziennikarskiej jest pojęcie „interesu publicznego”. Tabloidy zwykle dążą do przesunięcia go w stronę „tego, czym interesuje się publiczność” i zwykle są w tym mniej lub bardziej temperowane przez sądy i instytucje kontrolne (także w Polsce).

Samo pojęcie „interesu publicznego” odwołuje się do założenia, że istnieje coś takiego, jak „sfera publiczna” w odróżnieniu od „sfery prywatnej”. Rozmowa Dody i Herbuś na temat Natalii Siwiec to prywatna sprawa zainteresowanych celebrytek, rozmowa ministra z prezesem banku centralnego – już niekoniecznie, nawet jeśli odbyła się w prywatnych okolicznościach.

Szwedzi swoje podejście do tego tematu zilustrowali nam takim przykładem. Pewien szwedzki tygodnik ilustrowany bardzo nie lubił pewnego polityka i zaatakował go serią tekstów ingerujących w jego prywatność (w związku z czym polityk ów wniósł skargę do Rady Prasowej).

Jeden artykuł informował o tym, że w służbowym, opłacanym przez podatnikow mieszkaniu polityk ów żyje razem ze swoją partnerką. Drugi pokazywał go, jak ostro chla w swoim letnim domku – otwiera kolejną puszkę piwa radośnie nieświadomy, że ktoś go fotografuje teleobiektywem (inna sprawa, że minę na tej okładce ma taką, jakby już w ogóle był mało czego świadomy).

Rada Prasowa potępiła tę drugą publikację, ale już nie tę pierwszą. Skoro mieszkanie było służbowe, polityk stracił prawo do argumentowania „to moja prywatna sprawa, kto ze mną mieszka”. Miałby je, gdyby z prywatnej kieszeni opłacał czynsz i media (a przynajmniej połowę za swoją partnerkę).

Za to jego prywatne pijaństwo, na prywatnej posesji, za prywatne pieniądze – było jego prywatną sprawą. Dlatego tygodnik został za tę okładkę ukarany grzywną i naganą.

Przy całej mojej niechęci do „Wprost” uważam, że mieli prawo publikować nagrania polityków biesiadujących za publiczne pieniądze. To ma się oczywiście nijak wobec tego, że z kolei ludzie odpowiadający za nielegalny podsłuch popełnili przestępstwo, chodzi mi wyłącznie o kwestie etyki dziennikarskiej.

Nie ma jednak żadnego usprawiedliwienia na publikację prywatnej rozmowy Giertycha. Że jest „adwokatem ministrów”, to jeszcze nie znaczy, że jest osobą publiczną.

Gdyby jeszcze ujawnione materiały zawierały jakiś dowód na zagrożenie dla porządku publicznego ze strony Giertycha. Ale widzę normalne działanie adwokata, którego klient wysłał na delikatne rozmowy z potencjalnym szantażystą.

A prywatnie uważam, że powinniśmy mieć także nordyckie podejście do służbowych mieszkań i kart kredytowych naszych polityków. Karać ich za wszelkie wykorzystanie do celów prywatnych, ale i płacić im tyle, żeby nie musieli dziadować.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz