Chatka w gąszczu stereotypów

Z opóźnieniem obejrzałem film „The Cabin in the Woods”, który tak mi się sposobał, że niniejszym polecam blogobywalcom tego allegrowicza. Trailery ukrywają, że film jest tyleż horrorem, co komedią – ale nie w sensie jawnej parodii, jak w serii „Straszny film”, już raczej w sensie „Krzyku”.

Podsumowałbym to jako „TV Tropes – The Movie”. Hasło tego filmu na TV Tropes to w końcu niemalże spis treści całego serwisu.

Fabuła to skrzyżowanie „Evil Dead”, „Piątku trzynastego”, „Wzgórze mają oczy” i „Teksańskiej masakry”. Grupa studentów jedzie na szalony weekend do leśnej chatki na odludziu.

Po drodze zatrzymują się na tankowanie. Dziwny pracownik stacji spluwa znacząco i spogląda spode łba, gdy się dowiaduje, dokąd jadą, aluzyjnie dając do zrozumienia, że nie spodziewa się, że stamtąd wrócą.

Wiemy co się stanie, bo już widzieliśmy te poprzednie filmy. Od klasycznego „teen slashera” film odróżnia wątek, którego prawie w ogóle nie widać w trailerach.

Straszny los studentom zgotuje jakaś dziwna organizacja, która w ogóle nie przypomina typowej mrocznej sekty czcicieli zła z tego typu horrorów. Film zaczyna się nie tyle od studentów, co od dwóch znudzonych pracowników korporacji, którzy przy automacie z kawą rozmawiają o sprawach osobistych.

Właśnie – korporacji? Urzędu? Cholera wie. To się nie wyjaśnia, ale wiemy, że to hierarchiczna instytucja, w której stażyści narzekają, że nie nalicza im się nadgodzin, a poszczególne piony uczestniczą w puli zakładów o to, jakie mroczne siły zła wykończą naszych biednych studentów.

Lekki spojler: jltenł qmvnł xbafrejnpwv, bofgnjvnwąp „MBZOVR ERQARPX GBEGHER SNZVYL”.
O co chodzi tej instytucji, dowiadujemy się w finale. W filmie złożonym ze stereotypów nie mogło zabraknąć Finałowego Spiczu Evil Overlorda.

Ten motyw zachwycił mnie jednak na dwóch poziomach. Na poziomie struktury narracyjnej – jako metanarracyjna refleksja na temat kompozycji typowego horroru.

Przecież wiemy, że studenci zginą (przynajmniej większość z nich). Zastanawiamy się tylko, co ich zabije (w piwnicy odnajdą Necronomicon? przyjdą sadystyczne rednecki? jeden z nich okaże się seryjnym mordercą?).

Sposób rozumiwania twórcy i odbiorcy tego typu widowiska przypomina trochę właśnie działanie takiej rutynowej, biurokratycznej instytucji. Znudzony Richard Jenkins przesuwa w odpowiednim momencie wajchę z napisem „RELEASE THE KRAKEN”.

Na szerszym poziomie wydaje mi się to zabawną refleksją cywilizacyjną. Tak przecież wygląda nowoczesne zło.

Za sprawą popkultury i kultury mainstreamowej wierzymy, że największym złem jest ludobójczy szaleniec. Hitler, Stalin albo Szalony Naukowiec z filmu science-fiction.

Podpierając się autorytetem Hannah Arendt („Eichmann w Jerozolimie”) i Stanisława Lema („Podróż jedenasta”) powiem, że największym zbrodniarzem jest „podstarzały, zaschły mężczyzna w szarym ubraniu, z bufiastymi zarękawkami, jakich używają biurowi urzędnicy”, który siedzi „za biurkiem, zawalonym papierami, strona po stronie wypełniając zadrukowane formularze”.

Te formularze mogą zawierać plany sprzedażowe Oberösterreichische Elektrobau AG, a mogą transporty do obozów zagłady. Jemu to zajedno.

Dzisiaj oczywiście to wszystko wygląda nowocześniej. Nie ma już bufiastych zarękawków, jest automat z kawą, stół pingpongowy i hamak dla relaksu. A formularze to dzisiaj tabelki w Excelu. Ale zasada ta sama.

Richard Jenkins z „The Cabin in the Woods” to najbardziej przerażający filmowy villain, jakiego ostatnio widziałem w horrorach. Nie dlatego, że wymachuje piłą łańcuchową tylko właśnie dlatego, że jest miły, uśmiechnięty i bardzo zaangażowany w swoją pracę.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz