Echa

Rozczulającym easter eggiem w serialu „True Detective” jest strój, w którym Woody Harrelson infiltruje gang motocyklowy. Składa się na niego skórzana kurtka, bejsbolówka i koszulka z okładką płyty rockowej.

Tą płytą jest „Division Bell” Pink Floyd. Cud, że Woody wyszedł z tego żywy!

Taka koincydencja, że wychodzi nowa płyta Pink Floyd, a mój blogasek jeszcze istnieje, wymusza reakcję. Drugiej takiej okazji nie będzie.

Płyta „The Endless River” jest słaba. W tekście piosenki typowanej na hita pojawia się rym „fire desire”.

Masakrizejszyn. A jednak przesłuchałem parę razy i nawet mi trochę wpadło w ucho. Cóż, reaguję na te brzmienia jak pies Pawłowa tym bardziej, że tam jest mnóstwo autocytatów, jakby to był zbiór outtake’ów z ostatnich 40 lat.

Te cytaty uświadomiły mi jedno. To, za co zawsze lubiłem Pink Floyd, to nie były ani solówki Gilmoura, ani egotripy Watersa, ani aksamitne wokale ich obu. To były klawisze Richarda Wrighta. Tymże poświęcę więc listopadowy ranking od czapy.

Nie będzie zaskoczeń, bo czy można zaskoczyć pisząc o Pink Floyd. Szczytowym osiągnięciem Wrighta jest „Ciemna strona”, a zwłaszcza „The Great Gig in the Sky”.

Jak wiedzą blogobywalcy, ta płyta to dla mnie oskarżenie pod adresem internetu i tych wszystkich spotifajów. Fajosko, że muzycy nadal będą mogli zarabiać koncertami, ale to jednocześnie oznacza, że nie będzie im się opłacało dopieszczać studyjnych albumów takich jak „Ciemna strona”.

Gdybym wiedział, jak jest po szwedzku „fakju”, powiedziałbym tak Danielowi Ekowi. Na ołtarzu swojej chciwości skunksofoner zarżnął ten rodzaj muzyki, mam nadzieję, że w zaświatach za to  zapłaci.

Na „Wish You Were Here” wspaniały jest ten moment, w którym na chwilę elektronika ustępuje akustycznej gitarze i koledzy Waters i Gilmours odstawiają swój bieszczadzki numer. Ale ja się zawsze nie mogę doczekać, żeby gitara odeszła w fadeuot i wróciły moogi Wrighta – które mi teraz przypomniały autocytaty z nowej płyty (zwłaszcza „It’s What We Do”).

Na drugim miejscu wymienię więc codę – IX część suity „Shine On”, w której Wright wodzi rej, a reszta zespołu robi za sekcję rytmiczną. It’s what they’re meant to do.

A na trzecim miejscu wymieniłbym uroczą ramotkę. „Echoes”, produkt długich sesji, które pogrążony w kryzysie twórczym zespół podpisywał jako „Nothing, Parts 1–24” oraz „The Return of the Son of Nothing”, to zapewne szczytowe osiągnięcie tego, co się dało wycisnąć z elektrycznych organów Farfisa przepuszczonych przez różne efekty.

Potem Wright przestawił się już raczej na mooga i fortepian, choć Farfisa nadal bywała używana na koncertach. Ale z perspektywy czasu powiedziałbym, że w „Echoes” też najlepsze to, co zagrano na klawiszach. Szkoda, że brzmieć już będą tylko ich echa.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz