IQ Murzynów

Słuchałem niedawno w TOK FM rozmowy z Janem Cieńskim, w której oburzyło mnie akurat nie to, z czego portaloza zrobiła clickbaita, tylko wcześniejszy fragment o wolności słowa. Jak wiecie, jestem jej bardzo daleko idącym zwolennikiem (aż do poziomu amerykańskiego Brandenburg vs Ohio, mówiąc w skrócie).

Omawiając ograniczenia w wolności słowa na amerykańskich uniwersytetach Cieński wspomniał o „książce pewnego profesora, który porównywał wyniki testów IQ Białych i Murzynów” i którego zakrzyczano, „że nie powinien był w ogóle wchodzić w ten temat”, a „on argumentował, że wszystko powinno być badane przez uniwersytety, nawet jeśli wyniki są niekomfortowe”.

Każdemu się może zdarzyć coś chlapnąć w programie na żywo, więc nie chodzi mi teraz o personalne czepialstwo – ale o to, że takie mity pomagają budować ideologię „prawicy czerwonej pigułki”, o której niedawno strzeliłem felieton.

Kiedy w 1994 wyszła książka „The Bell Curve”, byłem redaktorem pisma naukowego. Pod prestekstem doskonalenia warsztatu namiętnie czytałem anglojęzyczną prasę naukową, przede wszystkim tygodnik „Nature”.

Na jego łamach toczyła się fascynująca dyskusja na temat tej książki. Zdaje się, że tak starego archiwum „Nature” nie ma online, więc teraz ja odwołam się do swoich wspomnień – czytałem to jednak z większą uwagą niż Cieński, skoro na przykład pamiętam nazwiska obu autorów (nie zlali mi się w jednego apokryficznego „profesora, który argumentował”).

Nie pamiętam zarzutów „nie powinien był w ogóle wchodzić w ten temat”. Może „Nature” po prostu odrzucało takie listy do redakcji, jako nic nie wnoszące.

Pamiętam natomiast dużo konkretnych warsztatowych zarzutów, składających się na klasyczny peer review. Czytając je, przy okazji sam się bardzo dużo dowiedziałem o testach na inteligencję i o ich analizie statystycznej.

Obaj autorzy wyszli w tej książki poza swoją dziedzinę. Jeden z nich był wprawdzie psychologiem, ale behawioralnym. Richard Herrnstein zrobił karierę na obserwowaniu gołębi ze swoim szefem, B.F. Skinnerem.

Dorobek tej szkoły spotkał się z krytyką, bo nie wiadomo, czy zachowanie zwierząt pozwala na wnioskowanie o zachowaniu ludzi. Behawioryści tak zakładali, a potem się bardzo cieszyli, że udowodnili własne założenia. Dla mnie to coś na zasadzie „gdy trzymasz młotek, wszystko wygląda jak gwóźdź”.

Jego współautor Charles Murray w ogóle nie był psychologiem. Był konserwatywnym politologiem (najwyraźniej niczym Marek „Niehab” Migalski uznał, że wprawdzie się na niczym nie zna, ale ma poglądy, to chociaż się spróbuje doktoryzować ze swoich poglądów).

Wśród specjalistów obaj skompromitowali się więc niezrozumieniem tego, co tak naprawdę mierzą testy na IQ. I nie chodzi tu nawet o wyświechtaną formułę, że mierzą umiejętność rozwiązywania testów na IQ.

Nie rozumieli czegoś jeszcze ważniejszego. Ja to zrozumiałem dopiero pod wpływem tamtej debaty (hej, miałem 25 lat, to okres formacyjnych lektur!). Wrzucę tutaj, może kogoś to też oświeci.

Wyniki testów na IQ układają się w krzywą dzwonową, zgodnie z rozkładem naturalnym, a pośrodku jest zawsze 100. To nie jest przypadek, tylko odwrotnie: te testy tak się standaryzuje, żeby tak wyszło.

Innymi słowy, zawsze średnia to będzie 100 i zawsze dostaniemy rozkład normalny. Ktoś, kto powie, że inteligencja ma rozkład normalny, będzie się mylić. Tak naprawdę testy się układa z takim założeniem (zasadniczo niedowodliwym).

Najciekawsze jest to, że od wielu dekad w większości krajów IQ przez cały czas powolutku rośnie, dlatego testy się regularnie rekalibruje. Dzisiejsza stówka to niegdysiejsze sto dziesięć.

O tych drobiazgach trzeba pamiętać, kiedy się porównuje wyniki testów w różnych krajach, z różnych lat. Herrnsteinowi i Murrayowi wykazano tego typu błędy w ich analizie danych, czym się ośmieszyli przed środowiskiem.

Zarzut nie brzmiał więc „nie powinniście wchodzić w ten temat” tylko „z takim zrozumieniem statystyki gołębie szczać prowadzać, a nie wchodzić w ten temat”. I śmiem twierdzić, że podobnie jest w każdym przypadku, z którego potem buduje się redpillowe legendy o naukowcu, któremu zabroniono czegoś badać.

Ideologia redpill odwołuje się do naiwnej wiary w mit Zaszczutego Dysydenta. Naukowiec, który ujawnił, że szczepionki wywołują autyzm albo że nie ma globalnego ocieplenia, traktowany jest w niej jako prorok niosący Prawdę – a krytyczny peer review jako „zaszczucie przez system”.

Prywatnie uważam więc, że wolność badawcza uniwersytetu nie powinna być w ogóle ograniczana prawnie. Powinna być natomiast ograniczana wartością poznawczą – pewne tematy są już tak dokładnie wyjaśnione, że tu nie da się powiedzieć nic nowego.

Nie jestem więc za ograniczającym badania zakazem „kłamstwa oświęcimskiego”, ale co tu można jeszcze nowego badać, po procesie Irving kontra Lipstadt? Nie mam nic przeciwko kwestionowaniu globalnego ocieplenia, ale tylko pod warunkiem znalezienia nowych argumentów, których jeszcze nie obalono w dotychczasowej debacie.

I tak dalej.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz