Rewolucja z drukarki 3D

Jan Sowa swojej książce „Inna Rzeczpospolita jest możliwa” porusza mój ulubiony temat druku 3D. Nie mogę się do tego nie odnieść.

„Nie chcę wchodzić zbytnio w szczegóły techniczne, nie są one bowiem istotne. Interesuje mnie rola tego typu urządzeń w kształtowaniu nowej konfiguracji sił wytwórczych” – pisze Sowa.

Sformułowania typu „nie chcę wchodzić w szczegóły” zwykle oznaczają „nie chciało mi się tego sprawdzić”. Gdyby Sowa dokładniej obadał temat, wychodząc poza portalowe michałki z serii „wydrukowali pistolet!”, prysnęłyby jego mrzonki o „nowej konfiguracji”.

„W połączeniu ze skanerem przestrzennym drukarka 3D pozwala stworzyć bardzo dokładną kopię niemal każdego przedmiotu” – ekscytuje się Sowa i twierdzi, że dzięki takim drukarkom można wytwarzać „przedmioty oraz maszyny, które do tej pory mogły powstawać wyłącznie w produkcji wielkoprzemysłowej”.

Technologię pozwalającą stworzyć „bardzo dokładną kopię niemal każdego przedmiotu” ludzkość zna od dobrych kilkuset lat i nie wymaga ona „produkcji wielkoprzemysłowej”. Nazywa się to „odlewem”.

Większość portalowych michałków o druku 3D – że pistolet, że części zamienne, że „proteza za sto pięćdziesiąt dolarów – można zrobić narzędziami znanymi od dziesięcioleci. Odlew, wtrysk, obróbka skrawaniem.

Portaloza nie kieruje się merytoryczną wartością niusa, tylko klikalnością. Drukarki 3D są klikalne jak majtki Dody czy bitcoiny.

Sowa pisze, że drukarka 3D – ponieważ można na niej „wydrukować” części do zrobienia innej drukarki 3D – jest czymś nowym jako „urządzenia zdolne do samoreplikacji”. Otóż tak samo jest z tradycyjną obrabiarką. Na czym je robią w fabryce obrabiarek? Na obrabiarkach!

Problem w tym, że gdyby dać Sowie w prezencie komplet części do złożenia obrabiarki czy drukarki 3D, nic z tego nie wyjdzie. Proszę, oto losowa instrukcja montażu z serwisu RepRap. Powodzenia!

O ile pojęcie „obróbka skrawaniem” zdradza, że mówimy o czymś, co wymaga kierunkowego wykształcenia, „drukarka 3D” ewokuje wizję urządzenia przyjaznego użytkownikowi. Ściągamy sobie z internetu plik z przepisem na „ekspres do kawy” albo „pistolet”, klikamy na „drukuj” – i gotowa maszyna wychodzi z podajnika.

Niestety, to tak nie działa. Niedawno portal lubujący się w takich michałkach postanowił przetestować drukarkę 3D. Swoją drogą to zabawne, ze po paru latach trzaskania tekstów o cudowności tej technologii, dopiero teraz to sprawdzili w praktyce.

„W ciągu najbliższych dni opublikujemy serię tekstów poświęconych drukowi 3D” – obiecała autorka „Teraz drukujemy Pałac Kultury. Jutro – królika z czekolady!”. Nie było serii, nie było „królika z czekolady”.

Nawet Pałac Kultury był nieudany („drukarka musiała się w pewnym momencie pogubić na tych niewielkich elementach”). A próby „druku” z czekolady były tak nieudane, że ne nadawały się na artykuł. Autorka tylko wrzuciła na fejsa smutne zdjęcie bezkształtnej brei z tekstem „Jak na razie drukowanie czekoladą wygląda przygnębiająco. Zapewne coś robimy źle”.

Dlatego tak mnie bawią nadzieje Sowy, że drukarki 3D zrewolucjonizują Trzeci Świat. „Nam, uprzywilejowanym mieszkańcom tej planety, kupującym potrzebne urządzenia po prostu w sklepie” – twierdzi – nie przychodzi do głowy, jak wielkie znaczenie będzie tam mieć „możliwość wydruowania części zamiennych, na przykład do pompy wodnej”.

Otóż ta możliwość jest już teraz. Te części zamienne przeważnie prościej i taniej jest wyprodukować na tokarce czy wtryskarce.

Dziwne, że Sowa nie pamięta, że ćwierć wieku temu sam żył w taim kraju. W PRL potrzebnych urządzeń „nie można było kupić w sklepie”, nie mówiąc już o materiałach eksploatacyjnych. Problem przetrwał niestety do lat 90.

Nie było drukarek 3D, a jednak kombinowaliśmy z dorabianiem części zamiennych. Sam 20 lat temu montowałem nadkole odlane z fiberglasu (bo było znacznie tańsze od oryginalnego elementu, „wyprodukowanego przemysłowo”). Na wsi powszechnym widokiem były przedziwne wehikuły-samoróbki.

Sowa sobie wyobraża fabrykę jako miejsce magiczne, gdzie w cudowny sposób pojawiają się przedmioty, które dopiero od niedawna – dzięki magii druku 3D – można otrzymywać chałupniczo. Po marksiście oczekiwałbym więcej zrozumienia dla procesu produkcji.

Prawie wszystko, co można produkować przemysłowo – można też produkować rzemieślniczo. Wyjątki są nieliczne i ani jeden nie pojawia się w tekście Sowy – nie jest to ani pistolet, ani proteza, ani „część do pompy”.

Tylko że chałupniczo zrobiony samochód będzie kosztować tyle, co Ferrari. Dlatego tak się opłaca robić tylko Ferrari.

Złudne są nadzieje, że drukarki 3D zdemokratyzują produkcję. Prawie wszystko w ten sposób wyjdzie drożej (znów, są nieliczne wyjątki, ale nie te, o których pisze Sowa). Pistolet i część do pompy lepiej będzie wyprodukować na klasycznej obrabiarce.

W PRL musieliśmy tak kompinować, bo czas pracy wykwalifikowanego pracownika wyceniano na okrągłe zero rubla transferowego. Wtedy kardiochirurg sam musiał układać posadzkę w klinice, którą kierował.

Rewolucja polegająca na rzemieślniczej – chałupniczej produkcji części zamiennych już się wydarzyła. Polską klasę średnią tworzyli ludzie, którzy tak dokonali pierwotnej akumulacji kapitału. Facet z wtryskarką, warsztat z tokarką, szwagier ze spawarką. Pan Zdzisiu od ogłoszenia drobnego „AAAAAby fachowca”.

Znam ich. To moi sąsiedzi z warsiaskich suburbiów. Ale nie tylko dlatego uważam, że Sowa powinien się im bliżej przyjrzeć. Wyjaśni mu to kilka rzeczy: między innymi to, dlaczego klasa średnia nie głosuje na lewicę oraz skąd prawicowy hejt na lemingi (które z punktu widzenia pana Zdzisia są bezpowrotnie utraconą klientelą, bo z królestwa szpachli skoczyli do królestwa nówkosztukowości).

Co będzie, gdyby do Burkina Faso przywieźć drukarkę 3D, żeby zapoczątkować wymarzoną przez Sowę rewolucję? To samo, co gdyby supernowoczesny kombajn dać w prezencie PGR-owi.

Nawet jeśli znajdzie się ktoś dość kompetentny, by to w końcu uruchomić, zabawa się skończy gdy się wyczerpią materiały eksploatacyjne: sznurek w przypadku kombajnu, filament w przypadku drukarki 3D. Prisajzli bikoz tam nie można będzie tego po prostu „kupić w sklepie”.

Czy kiedyś pojawią się drukarki 3D, działające zaraz po wyjęciu z pudełka, nadające się do obsługi przez laika? Wątpię. Gdzie mówimy o produkcji fizycznie istniejących przedmiotów, pojawiają się problemy takie jak kalibracja czy konserwacja.

To, co można „wydrukować” na drukarkach 3D skierowanych na rynek konsumencki, „wpada w kategorię <<pierdółki>>”, jak zauważyła cytowana autorka. Drukarki o większych możliwościach są z kolei kosmicznie drogie (podobnie zresztą jest z tradycyjnymi obrabiarkami – co innego tokarka w warsztacie w technikum, co innego instalowana na zamówienie w fabryce).

Portaloza zwykle dodaje przy tym „ale na pewno coś wynajdą i będzie taniej i lepiej”. To naiwne rozumowanie, odwołujące się do założenia, że każdej technologii towarzyszy nieustanny, wykładniczy wzrost – jak w przypadku „prawa Moore’a”.

Tak naprawdę to „prawo Moore’a” jest anomalią (zresztą ta anomalia na naszych oczach właśnie się kończy). W drukarkach 2D od kilkunastu lat nie ma już istotnego postępu.

I to jest typowa sytuacja: każda technologia w końcu wali o szklany sufit, który wyznaczają prawa fizyki. I za sto lat nie zrobią silnika spalinowego o wydajności większej niż pozwala prawo Carnota.

Ledwie polska lewica zajarzyła jaką ściemą są twitterowe rewolucje i demokracja na facebooku, już goni za kolejną mrzonką tego typu. Jakbyśmy ciągle marzyli, że Krzemowa Dolina rozwiąże nasze problemy ze zbieraniem podpisów w wyborach.

Revolution? There’s no app for that. And never will be.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz