Eine kleine Chichrenfreude

Nie lubię pisać na blogu o polityce, ale zbliżające się przesilenie na lewicy trochę na mnie tę tematykę wymusza. Milczenie przecież też czasem bywa komentarzem, tu akurat takim, na jakim nie mam ochoty.

Nie ukrywam, że panikę polityków z mainstreamowej tzw. lewicy obserwuję z maleńkim Chichrenfreude. W tych wyborach z polskiej mapy politycznej znikną ostatnie resztki po Ruchu Palikota i niewykluczone, że poza Sejmem (a więc zapewne i poza polityką) wyląduje SLD.

Nie będę płakać po tych partiach. Od bardzo dawna żadna z nich nie zrobiła niczego, co by sprawiło, że bym zawołał „ach, jakie to szczęście, że w Sejmie jest SLD/Palikot”.

Jest wiele spraw, w których chciałbym usłyszeć głos lewicowych polityków. Pisany pod dyktando korporacji traktat TTIP (a przedtem ACTA). Korporacyjne i indywidualne kanty podatkowe. Śmieciówki. Komercjalizacja edukacji i służby zdrowia. Degresywność składki na ZUS. Bezzębność Inspekcji Pracy.

Kojarzycie z ostatnich lat jakieś działania polityków z SLD czy Palikota w tych kwestiach? Zapraszam do odpowiedzi w komentarzach. Możliwe, że ja tego nie kojarzę tylko z powodu mojej ogólnej politycznej apatii. Po prostu dawno już straciłem nadzieję, że któryś z 460 darmozjadów w Sejmie (i 100 w Senacie) poruszy jakąś istotną dla mnie kwestię. Więc przestałem ich słuchać.

Czasem skacząc po kanałach wpadnę na jakiś tzw. program publicystyczny z serii „ja panu nie przerywałem”. Chwilę popatrzę na nich wszystkich z jednakową dezaprobatą.

Nikt tam nie jest „mój”, nikomu nie kibicuję, z nikim nie chciałbym pójść na kawę (nie mówiąc już o piwie). Sprawy, którymi się zajmują, ja mam serdecznie gdzieś – np. pomnik ofiar katastrofy smoleńskiej może se stanąć, może se nie stanąć, w sumie wisimito.

A nawet jeśli sprawy są istotne i dla mnie, to nie spodziewam się po nikim z tego towarzycha odkrywczych myśli. Serio, co polski polityk może ciekawego powiedzieć o Putinie? Nawet jeśli się będę z nim zgadzać, to przecież wiem, że poczęstuje mnie tymi samymi banałami, które znajdę gdzie indziej.

To jest najczęstszy błąd polskich elit – przekonanie, że mają jakiś spontaniczne poparcie. Że gdy grupka felietonistów ogłosi „zakładamy partię, przyłączcie się do nas”, ktoś faktycznie się przyłączy. Że kiedy partia wystawi w wyborach kogoś o wyglądzie i inteligencji lalki Barbie, elektorat karnie zagłosuje. Że ktoś ich w ogóle lubi albo szanuje.

I później to zdziwienie – że nie przyszli. Nie przyłączyli się. Nie zagłosowali. Nie chcą się jednoczyć.

Projekt partii „Razem” podoba mi się właśnie dlatego, że to już nie jest to zgrane towarzycho z pyskusji u Olejnik i Rymanowskiego. Automatycznie stracę zainteresowanie, jeśli tam się pojawią „znane twarze”, bo w polityce mam tak, że jeśli jakiegoś polityka znam – to go nie lubię.

Niewielki kredyt zaufania mogę mieć rzeczywiście do Barbary Nowackiej, ale tylko dlatego, że nic o niej nie wiem. O jej istnieniu dowiedziałem się pół roku temu, kiedy parę osób żałowało, że nie została wspólną kandydatką lewicy na prezydenta. Ale i ona wydaje mi się podejrzana o tyle, że jeśli ktoś mógł serio wiązać jakieś polityczne nadzieje z Palikotem, to, hmmm, niezbyt dobrze o nim świadczy.

I nie mówcie znowu „kto mógł przewidzieć”. Ja mogłem, to te wszystkie doktory i profesory nie mogły?

Cieszę się, że partia Razem nie dała się wciągnąć w pułapkę pt. „wspólna lista lewicy”. Bez względu na to, jak się to będzie nazywało – to i tak będzie oznaczało wchłonięcie pozostałych podmiotów przez SLD.

Sama nazwa „Sojusz Lewicy Demokratycznej” jest echem po tym, że Socjaldemokracja RP (tak brzmiała nazwa przemalowanej PZPR w latach 1989-1999) zawiązała w 1991 szeroką koalicję. Yep, też pod egidą OPZZ.

Podmioty z tej koalicji zostały wchłonięte do SLD lub przepadły. Zagładą współpraca z SLD kończyła się też dla późniejszych koalicjantów, Unii Pracy i Partii Demokratycznej.

I nawet byłbym za, gdybym w tym widział jakieś korzyści taktyczne. W czasach idealistycznej młodości popierałem wejście PPS na listy SLD, bo owszem, uważam, że warto było dla tych kilku mandatów. Nie chodzi mi o pryncypialne potępienie SLD za nieprawe pochodzenie.

Ale teraz nie będzie już nawet korzyści taktycznej. Cała ta „wspólna lista” i tak nie przekroczy 8% (przypominam, że próg dla koalicji jest wyższy niż dla partii startujących samodzielnie – które obowiązuje niższe 5%).

W tej sytuacji wolę zagłosować na Razem, choćby mieli dostać tylko 2%. To będzie wstęp do budowania struktury, która wejdzie do Sejmu za 4 lata. Zniknięcia z telewizyjnych pyskówek dawnych polityków SLD i Palikota nawet nie zauważę, bo i tak rzadko oglądam.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz