Pożegnanie mniejszego zła

A więc w tych wyborach po raz pierwszy w życiu zagłosuję zgodnie ze swoimi przekonaniami. Marzę o tym ćwierć stulecia, za spełnienie tego marzenia kłaniam się przed partią Razem uniżenie.

W pierwszych częściowo wolnych wyborach z 1989 miałem 20 lat. Głosowałem w nich na „zdjęcie z Lechem”; szczęśliwie w moim okręgu był Kuroń, ale zagłosowałbym wtedy i na Kaczyńskiego.

Nie wszystko mi się podobało w „drużynie Lecha”. Bałem się ich klerykalizmu, bałem się ich nacjonalizmu. Ale bez dwóch zdań była „mniejszym złem”.

Miałem nadzieję, że w pierwszych prawdziwie wolnych wyborach będę mógł zagłosować na Polską Partię Socjalistyczną. Nie liczyłem na sukces, liczyłem właśnie na to, na co teraz: że zagłosuję zgodnie ze swoim światopoglądem i dowiem się, ilu w kraju jest takich jak ja.

Byłem dwudziestoparolatkiem, a więc kimś, kto ma czas i komu się chce. Starałem się pomóc.
Niestety, rządzący partią „starsi panowie” (jak ich nazywaliśmy) wpadli na genialny plan. Uznali, że partia z „socjalizmem” w nazwie nie ma szans.

Nie rezygnując z partyjnych stanowisk, założyli razem z innymi starszymi panami stowarzyszenie „Solidarność Pracy”. Przeforsowali decyzję, że partia nie wystartuje samodzielnie, a tylko poszczególni jej działacze pojawią się na listach tego stowarzyszenia.

No większym makiawelem to był już chyba tylko Komorowski z tym swoim vo duyen referendum.

Mam więc po swoim okresie idealistycznego zaangażowania w politykę PTSD jak Oliver Stone po Wietnamie. Partia rzuciła mnie na odcinek radomski, cierpię więc na flashbacki radomskie (może dlatego mi się tak spodobała „Siódemka” Szczerka; jądrem ciemności w tej powieści jest płonące radomskie blokowisko – bohater moich koszmarnych snów).

Jak Stone, zgłosiłem się na ochotnika, ale nie miałem wpływu na kretynizm dowództwa. Które nie przewidziało, że jesienią 1991 słowo „solidarność” będzie bardziej znienawidzone od słowa „socjalizm”.

Włączyłem się w politykę, żeby stawiać opór neoliberalnym reformom. Ale polityczny geniusz „starszych panów” sprawił, że zbierałem podpisy pod listą, której nazwa się kojarzyła ludziom właśnie z tymi reformami.

Codziennie wysłuchiwałem od mieszkańców Radomia wyzwisk kierowanych pod adresem Balcerowicza i Wałęsy, c/o Jors Truli. I mogłem tylko bezradnie tłumaczyć, że to jest inna „Solidarność”. Smutne jak piosenka z Miss Sajgon.

Gdyby w 1991 PPS wystartowała jako PPS, nazwa sprawiałaby może jakiś problem, ale nie aż taki, jak konieczność „przepraszania za Solidarność”. To byłby dobry wstęp do lepszego wyniku w następnych wyborach.

Te nastąpiły przedterminowo, bo w 1993. W Polsce na 3 prawicowe sejmy, 2 rozwiązano przed końcem kadencji. Warto pamiętać, że następne wybory mogą nadejść jak grom z jasnego nieba.
PPS w 1993 była nieprzygotowana. Niesamodzielny start z 1991 był porażką, w efekcie nie pozostało nic poza uczestnictwem w „szerokim porozumieniu dwudziestu paru ugrupowań lewicowych pod egidą OPZZ”.

Więc owszem, zagłosowałem. Pocieszając się, że w zasadzie na PPS, ale przecież tak naprawdę jednak na SLD.

Potem w wyborach 1997 znów głosowałem na SLD. Tym razem już w klasycznym wariancie „mniejszego zła”.

Wiadomo było, że wybory wygra AWS. Chciałem, żeby wygrali jak najmniejszą większością i mieli przeciwko sobie jak najsilniejszą opozycję.

W 2001 po raz pierwszy nie poszedłem. Wiadomo było, że wybory wygra SLD. Chciałem, żeby wygrali jak najmniejszą większością i mieli przeciwko sobie jak najsilniejszą opozycję.

W 2005 znowu nie poszedłem. SLD w poprzedniej kadencji pokazał, że już nawet nie chce im się udawać lewicy (Leszek Miller wtedy właśnie zakochał się w podatku liniowym i amerykańskim imperializmie). Nie byli już dla mnie nawet „mniejszym złem”.

W 2007 zagłosowałem na LiD. Sojusz środowisk, które mogłyby nas uchronić przed AWS i Kaczyńskimi, gdyby się dogadały w latach 90. Ale dogadały się dopiero, kiedy już to nie miało żadnego znaczenia.

W 2011 głosowałem na PO. Partia, która wreszcie zbudowała autostrady, zasługiwała na ten jednorazowy bonus.

We wszystkich tych wyborach (1989-2015) nie startowało żadne ugrupowanie jawnie i po prostu socjalistyczne, choć oczywiście politycy się o to uwielbiają „oskarżać”. Bo do tego nas doprowadziło oddanie postkomunistom monopolu na lewicowość – słowo „socjalista” stało się obelgą.

Oczywiście, to nie dotyczy niniejszego blogaska. Zawsze był dla socjalistów „strefą bezpieczeństwa”. Dlatego chyba tym razem nawet nie będzie w komentarzach jakiejś większej dyskusji – chyba wszyscy tu głosujemy na „Razem”?

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz