Polska nie istnieje

f16cebcfc941550f419016124b92e715

Jak ten czas leci. W czasach prehistorii mojego blogaska wzruszony i podekscytowany informowałem czytelników o premierze mojej pierwszej książki. Siódmą odnotowuję już z kronikarskiego obowiązku.

Jej treść nie będzie zaskoczeniem dla osób śledzących bloga tak długo. To fabularne rozwinięcie notki ze stycznia 2010, w której snułem wizję socjalistycznej rewolucji wybuchającej zgodnie z prognozami Marksa w najbardziej rozwiniętym kraju kapitalistycznym.

Powieść dzieje się równolegle w dwóch płaszczyznach chronologicznych. W płaszczyźnie z roku 1877 mamy narrację historyczną – wszystko się dzieje z grubsza tak, jak w prawdziwej historii USA, czyli strajk kolejarzy z linii Baltimore & Ohio wymyka się spod kontroli i eskaluje do strajku generalnego.

Historycznie, jak wiadomo, strajk w końcu wygasł. Ale w mojej książce pojawia się bohater, który przestawia wajchę na zwrotnicy dziejów.

Zbudowałem go na wzór stereotypowego westernowego „bezimiennego jeźdźca”, bo tak poza tym przecież w tej epoce dzieje się akcja wielu westernów. Stereotypowy jeździec przybywa do miasta bezprawia, obala dyktaturę skorumpowanego bogacza i odjeżdża, pogwizdując coś z reperturaru Henia Morikone. U mnie w zasadzie podobnie, tyle że obaleniu ulega cały kapitalizm w USA.

Równolegle w powieści śledzimy krakowskiego studenta, który w alternatywnym roku 2015 dostał stypendium cesarsko-królewskiego Ministerium Informacji na projekt książkowy. Postanawia się zainteresować tym tajemniczym jeźdźcem, o którym w 2015 nadal niewiele wiadomo. I od razu okazuje się, że to temat, którego z jakichś przyczyn lepiej nie ruszać.

Zgryźliwy czytelnik zauważy, że tam jadę stereotypem westernu, a tu jadę archetypem opowieści o Młodzieńcu Wyruszającym W Podróż. I owszem, wszystko to razem nie jest przesadnie oryginalne, ale uważam, że jako debiutant nie powinienem się silić na udziwnienia. W pierwszej powieści staram się być raczej konserwatywny w doborze technik narracji i kompozycji fabuły.

W jednym się trochę wychylam od schematu. Alternatywne historie Polski zwykle popadają w jedną z dwóch skrajności. Albo opisują piekło, jak „Xavras Wyżryn” Dukaja, albo kompensacyjny raj, jak te wszystkie książki z serii „lotniskowiec Władysław Anders teleportuje się z Polski przyszłości do zatoki Gdańskiej we wrześniu 1939 i raptory z biało czerwoną szachownicą przychodzą naszym na odsiecz”.

Lubię czytać jedno i drugie, ubóstwiam Dukaja, a Ciszewskiego uważam za bardzo przyzwoitego rzemieślnika. Ale chciałem uciec przed tymi akurat schematami.

Alternatywna socjalistyczna ścieżka rozwoju nie jest więc rajem na ziemi. Rewolucja wydarzyła się w pewnym sensie za wcześnie, jeszcze zanim kapitalizm rozwiązał problemy, o rozwiązaniu których nie śniło się Marksowi.

Dwie rzeczy, które dziś traktujemy jako oczywistą oczywistość, dostępną proletariatowi i niższej klasie średniej, to obfitość pożywienia i swoboda podróży. W XIX wieku tak nie było.

Głód był codziennym doświadczeniem nawet wśród odpowiedników dzisiejszej średniej klasy średniej. Znali go kancelista, lekarz czy nauczyciel.

Dziś problemem niższych warstw społeczeństwa jest raczej nadwaga. Po prostu zbyt łatwo jest zaspokoić głód tanim, niezbyt wartościowym jedzeniem – batonikiem, chipsami, cheeseburgerem. To wszystko stało się możliwe dzięki kapitalistycznym wynalazkom takim jak syrop glukozowo-fruktozowy, nawozy sztuczne, mrożonki, liofilizacja czy przemysłowa hodowla zwierząt.

W mojej powieści w alternatywnym roku 2015 ludzie odżywiają się ciekawiej, bo hodują więcej różnych ras zwierząt czy odmian owoców, ale głód czai się ciągle za rogiem. Nie znają też naszej swobody podróży po prostu dlatego, że nie było wojen światowych, więc nie wynaleziono silnika turboodrzutowego, a i ze spalinowym postęp był słabszy.

Automobile istnieją, ale są rzadkością (założyłem za to, że od razu postęp poszedł w stronę napędu hybrydowego, spalinowo-elektrycznego). Podróż lotnicza jest droga (acz luksusowa) i odbywa się sterowcami.

Za to bardziej jest rozwinięta sieć połączeń kolejowych. Zamiast autostrady, doliną Wagu biegnie na przykład połączenie linii kolejowej dużych prędkości, łączące Wiedeń z dworcem Kraków-Balice. Tam właśnie swą podróż rozpoczyna mój bohater w alternatywnym 2015.

Jak kogoś kręcą takie klimaty – miłej lektury. Jak nie… to nie :-).

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz