Dlaczego protestujemy

demo

 

Jeśli w czymś widzę pierwiastek nadziei to w tym, że reżim wraz ze swoimi „niepokornymi” propagandystami zdaje się tak bardzo nie rozumieć opozycji, że ta propaganda trafia ślepą kulą w płot. Mogą najwyżej przekonywać już przekonanych, ale nie pozyskają już nowych zwolenników.

Ta propaganda polega najczęściej na atakowaniu liderów opozycji – że Kijowski jest taki, a Rzepliński siaki, a Lis to już w ogóle owaki. Prawdopodobnie wydaje im się, że funkcjonujemy tak jak oni.

Myślą, że my też wychodzimy na ulicę dlatego, że jakiś Prezessimus albo Padre Direttore nas do tego wzywa. Jeśli uda im się ich skompromitować, ich apele przestaną na nas działać. Tak to chyba sobie wyobrażają.

Oczywiście, to się nie może udać dlatego, że dla mnie, tak jak chyba dla znacznej części opozycji, personalia nie mają znaczenia. Nie chodzi mi o to, że prof. Rzepliński to jakiś mój umiłowany przywódca – chodzi mi o to, że Trybunał Konstytucyjny nie powinien być podporządkowany prezydentowi ani parlamentowi.

To samo z mediami publicznymi – nie o to chodzi, że szczególnie cenię sobie Tomasza Lisa. Nie oglądam go, bo mnie nudzi ten rodzaj publicystyki. Chodzi mi o to, że media publiczne nie powinny być podporządkowane rządowi.

I wreszcie tak samo jest z obroną demokracji. Nie uważam, że jest zagrożona, bo mnie do tego przekonał Mateusz Kijowski. Personalnie, to on by mnie nie przekonał nawet do zakupu iPhone’a. Uważam, że jest zagrożona, bo PiS od początku łamie różne demokratyczne zasady takie, jak konsultowanie ustaw czy vacatio legis.

Moje przekonania są niezależne od tego, kto rządzi. Gdyby do władzy doszła partia Razem, też bym chciał, żeby jej działalność była ograniczana przez Trybunał Konstytucyjny, a bez względu na to, jak chętnie bym oglądał program „Szpro na żywo”, nie chciałbym, żeby prowadzącą przywieziono na Woronicza w alizarynowej teczce.

Chodzę na te demonstracje niechętnie, bo w ogóle nie lubię chodzić na demonstracje. Sama idea chóralnego skandowania haseł kłóci się z moim indywidualizmem.

Dlaczego nie chodziłem na demonstracje, kiedy Platforma robiła coś, co mi się nie podobało? A nie podobało mi się wiele rzeczy, bywalcy bloga mogą pamiętać choćby moje bardzo krytyczne teksty w „Gazecie” i na blogu o specustawie dopalaczowej, nie mówiąc już o moich poglądach na politykę gospodarczą.

Tylko że przynajmniej za poprzednich rządów nie czułem się zagrożony właśnie w swoim prawie do krytycznego pisania o nich. Albo w prawie do wspierania opozycyjnych ugrupowań, takich jak Zieloni czy Razem.

Czułem więc, że mam ten komfort, że protestować mogę sobie stukaniem w klawiaturę. Ale nie muszę chodzić na manifestacje, bo szczerze tego nie cierpię. Teraz ten komfort straciłem.

Wszystkie konstytucyjne swobody – wolność słowa, wolność sumienia, wolność zgromadzeń i tak dalej – są warte tylko tyle, na ile może ich bronić niezależny od władzy Trybunał Konstytucyjny. Podporządkowując sobie Trybunał, władza nam już te swobody odebrała, bo teraz nic nie stoi na przeszkodzie w uchwalaniu sprzecznych z nimi ustaw.

Dlatego trzeba protestować. I cieszyć się, że oni nie rozumieją powodów protestu, więc propaganda reżimowa nic nie może zdziałać.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz