Sumliński: czemu kłamał?

Kiedy „Newsweek” zaczął ujawniać plagiaty w książce „Niebezpieczne związki Bronisława Komorowskiego”, Wojciech Sumliński odpowiedział blogonotką pod tytułem „W odpowiedzi Newsweekowi: do zobaczenia w sądzie”. Nigdy jednak nie wywiązał się z obietnicy pozwania „Newsweeka” za ten artykuł i za następne.

Szkoda. Polska może byłaby lepszym krajem, gdyby wprowadzono ustawowy zakaz kłamliwego zapowiadania wniesienia sprawy do sądu. Zapowiedziałeś to publicznie – no to faktycznie składaj pozew albo płać karę.

„Do zobaczenia w sądzie!” to w Polsce standardowa replika kłamcy przyłamanego na kłamstwie. To nic nie kosztuje, a może ktoś uwierzy w niewinność kłamcy.

Kiedyś obiecywałem sobie, że będę to monitorować i po paru latach ogłoszę listę fałszywych zapowiedzi procesu. Nigdy się za to nie zabrałem. No to powiedzmy, że zaczniemy od Sumlińskiego, który nie pójdzie z tym do sądu, bo jego sprawa wygląda beznadziejnie.

A dlaczego jego nikt nie pozwał? W Psychiatryku24 często pojawia się to jako argument, że przecież „gdyby kłamał, to by go pozwali”.
Otóż to nie jest takie proste. Polskie prawo generalnie jest przychylne kłamcom, plagiatorom, paszkwilantom. Sumliński zbudował z tego wygodny model biznesowy.

Znam z pierwszej ręki sprawę jego plagiatu tekstu Ewy Winnickiej. Gdy Ewa zadzwoniła do niego z pretensjami, ten wyjechał jej z płaczem, że ma ciężką sytuację i żeby się zlitowała. Więc się zlitowała (ale gdyby się nie zlitowała, niewiele by mu mogła zrobić – sąd by w najlepszym wypadku zasądził symboliczne zadośćuczynienie).

A dlaczego na kłamstwa nie zareagował Komorowski ani jego otoczenie? Pewnie jakoś zareagować powinni i można by to uwzględnić w wielotomowym dziele, zatytułowanym „Rzeczy, które sztab Komorowskiego powinien był zrobić, a jednak nie zrobił”.
Inna sprawa, że trudno wymyślić sensowną reakcję. Właśnie dlatego, że Sumliński tak bezczelnie kłamał – trudno o punkt zaczepienia..

Sumliński zapewne celowo przekręcał imiona czy nazwiska, opisując rzeczywiste postacie. Lichocki jest u niego Lichodzkim, Tobiasz Tobiszem, Jerzy Sutor Krzysztofem Sutorem. Sumliński regularnie spotyka się ze swoimi anonimowymi autorami w miejscach, które ewidentnie nie istnieją, jak „restauracja w Dziekanowie Leśnym” (i ja bym jej nigdy nie odkrył? droid, please…).

Te wszystkie nieścisłości pozwalają mu z jednej strony kłamać, że „wszystko co opisałem wydarzyło się naprawdę”, a z drugiej w razie ewentualnego procesu wszystkiego się wyprzeć. Gdyby Komorowski naprawdę poszedł z tym do sądu, usłyszałby, że to tylko proza political fiction.

I wtedy w najlepszym wypadku Komorowski wywalczyłby jakieś przeprosiny i wycofanie nakładu. Po czym Sumliński zremiksowałby swój bełkot i wydał od nowa pod zmienionym tytułem, a swoim zwolennikom przedstawiłby się jako męczennik zaszczuty przez komunistyczne sądy.

Przypuszczam jednak, że komentatorzy przeceniają wpływ tej książki na wybory prezydenckie. Nie wierzę, żeby Sumliński rzeczywiście odebrał Komorowskiemu wyborców. Nie wierzę, żeby ta książka mogła przekonać nieprzekonanego.

Ludzie, którzy twierdzą, że ją przeczytali i pod jej wpływem zmienili zdanie o Komorowskim – kłamią. Już wcześniej mieli do Komorowskiego jakieś uprzedzenia i wieść o istnieniu takiej książki ich utwierdziła w przekonaniu.

A i tak w większości jej nie przeczytali. Kupić – owszem. Ale żeby to przeczytać, trzeba być zawodowym recenzentem, który liczy na wierszówkę.

Przebiłem się przez „Operację Chusta” Terlikowskiego. Fedrowałem w „Dolinie nicości” Wildsteina. A jednak w kategorii prawicowej grafomanii Sumliński zaskoczył nawet mnie.

On po prostu nigdy się nie nauczył elementarnych zasad kompozycji. Skleja swoje książki z fragmentów, które do siebie nie pasują, więc czytelnika odrzucają ciągłe skoki nastroju. Chwilami jest absurdalnie szczególancki, a potem nagle przyśpiesza narrację. Robi błędy językowe na poziomie humoru zeszytów, typu „wydobycie od niego informacji było trudne jak wyciąganie łososia z bagna”.
Każdy jako-tako oczytany człowiek od razu zauważy, że ma do czynienia z grafomańskim mitomanem.

Kariera Sumlińskiego na polskiej prawicy to jeszcze jeden dowód na to, że prawicę w Polsce jednoczy nade wszystko jedno: niski poziom oczytania.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz