Premier Zandberg

konst1

„Jedynym zadaniem Trybunału Konstytucyjnego jest ocenianie zgodności ustaw z konstytucją. Spór wziął się z tego, że prof. Rzepliński przekroczył swoje uprawnienia” – podobne argumenty usłyszycie od wielu funkcjonariuszy reżimu. Na zdjęciu: moja fejsbukowa rozmowa z pewną prorządową dziennikarką (zamazałem nazwisko, ale zdjęcie, ustawiła sobie apel o uwolnienie Sawczenko, który skądinąd popieram).

Wygląda na to, że to jakis pisowski przekaz dnia, bo spotykamy to równie często jak (równie absurdalne) „przeciek wyroku pokazał, że Trybunał kpi sobie z prawa, przecież kilkasetstronicowy wyrok powinien powstać ostatniego dnia rozprawy metodą burzy mózgów”.

Niniejsza notka ma być podręcznym arsenałem kontargumentów – poświęcę ją tym zapisom konstytucji, w których mowa o kompetencjach TK innych niż „ocenianie zgodności ustaw z konstytucją”.

Zacznijmy nie po kolei, od art. 189. To dobry kontrargument przeciwko tym, którzy twierdzą, że Trybunał Konstytucyjny przekroczył swoje uprawnienia, wtrącając się w spory kompetencyjne pomiędzy organami państwa. Artykuł ów mówi bowiem, że „Trybunał Konstytucyjny rozstrzyga spory kompetencyjne pomiędzy centralnymi konstytucyjnymi organami państwa”.

O innych uprawnieniach mówią: art. 131 (określający udział TK w procedurze stwierdzeniu przeszkody w sprawowaniu urzędu przez Prezydenta), art. 188 p. 4 (dający TK prawo do oceniania „zgodności z Konstytucją celów lub działalności partii politycznych”), art. 133 i częściowo art. 183, o prawie do oceny umów międzynarodowych.

Art. 186 mówi o ocenianiu „aktów normatywnych w zakresie, w jakim dotyczą one niezależności sądów i niezawisłości sędziów” i tutaj dochodzimy do kolejnego ciekawego zagadnienia. Nawet tam, gdzie konstytucja mówi o ocenianiu ustaw przez Trybunał Konstytucyjny, dodaje coś w stylu „lub innych aktów normatywnych”.

To jest bardzo ważny dodatek, bo w intencji ustawodawcy zabezpiecza nas przed próbą przeforsowania czegoś, co nie będzie się nazywało „ustawą”, ale de facto nią będzie. Dajmy na to, Sejm powie, że to nie była ustawa, tylko uchwała (ale jednocześnie tą uchwałą będzie próbować narzucić lub unieważnić jakąś regulację prawną).

Gdy prof. Rzepliński w odpowiedzi na pytania typu „kto panu daje prawo do decydowania o tym, co wolno Sejmowi?”, udziela odpowiedzi typu „Konstytucja”, to faktycznie nie brzmi dobrze z pijarowego punktu widzenia. 80% gospodyń domowych z Gdańska zapewne odbiera to jako arogancję.

Ale ani ja, ani on nic nie możemy poradzić na to, że tak faktycznie jest. Konstytucja pozycjonuje Trybunał Konstytucyjny jako hamulcowego zmian, mogących naruszyć ład konstytucyjny, tzn. posłużyć centralnym organom władzy do zmiany konstytucji w sposób nieformalny.

Ja to rozumiem, że komuś się nie podoba konstytucja. Niech zbierze większość konstytucyjną i ją zmieni. PiS jej nie ma, nawet jeśli doliczymy jego quasi-koalicjanta, Kukiza. Trudno, niech gra w te szachy zgodnie z regułami, a nie próbuje wywrócić szachownicę czy też nazywać pionka damką.

Już to parokrotnie pisałem, ale powtórzę: tak, tego samego oczekiwałbym po premierze Zandbergu, gdyby kiedyś „moja” opcja wygrała wybory. Uważam, że w polityce od pytania „kto ma rządzić?” ważniejsze jest pytanie „jak urządzić państwo tak, żebyś nie bał się nawet władzy kogoś, kto twoim zdaniem nie powinien rządzić”.

PiS chce rządzić bez żadnych hamulców i to się podoba (niektórym?) zwolennikom PiS. Mi idea braku takich hamulców nie podoba się niezależnie od tego, kto będzie u władzy. I doceniam mądrość twórców konstytucji, którzy te hamulce zamontowali.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz