Pożytki z Panamy

Z afery Panama Papers pożytek wydaje mi się na razie taki, że z jednej strony pokazuje ona zmianę w podejściu opinii publicznej do ukrywania dochodów przed fiskusem – jeszcze 10 lat temu w Polsce i Stanach dominowałoby zapewne pobłażanie na zasadzie dobrze znanego błędu poznawczego „biznesmeni tacy jak ja czy Kulczyk muszą się chronić przed fiskusem” – a z drugiej brak dobrej odpowiedzi politycznego establishmentu na tę zmianę.

Panama stała się pralnią brudnych pieniędzy dzięki umowie handlowej z USA. Hillary Clinton i Barrack Obama siedzą w tym wszystkim po uszy – podpisywanie takich umów było sztandarowym elementem polityki gospodarczej Demokratów jeszcze za Clintona (Billa).
Lata 90. to szczytowy moment globalnego zaczadzenia neoliberalizmem. Nawet tak zwana lewica (Blair, Schroeder, Clinton) nawracają się na wolny rynek i wiarę, że bogactwo kiedyś wreszcie zacznie skapywać.

Wyrazem tej wiary jest przekształcenie się GATT w WTO, traktaty NAFTA i MERCOSUR, a nawet w jakimś stopniu rozszerzenie Unii Europejskiej o nas. I ostatnim westchnieniem zdychającej ideologii są traktaty TPP i TTIP, które Obama chce przeforsować na zakończenie swojej kadencji.

TTIP początkowo miał się nazywać TAFTA i ten rebranding pokazuje, że nawet do establishmentu już dotarło, że NAFTA ma w Ameryce negatywne skojarzenia. Bo, jak wiadomo, bogactwo jednak nie skapuje – skutkiem tych traktatów było Eldorado dla górnego 1% i pogorszenie lub najwyżej stagnacja dla dolnego 99%.

Establishment nie ma dziś języka politycznego, by o tym mówić. „Świat jest w kryzysie, potrzebuje jeszcze jednego traktatu o wolnym handlu, żeby z niego wyjść” – to nam na temat TTIP powiedzą w Polsce politycy wszystkich mainstreamowych partii politycznych: PiS, PO czy Nowoczesnej. W USA to samo powie Hillary Clinton i niepsychotyczni politycy partii republikańskiej (choć oczywiście będą robili na złość Obamie w ramach ogólnego robienia na złość Obamie).

Odpowiedni język do krytykowania takich deali mają tylko politycy lewicowej opozycji – autentycznie lewicowej, a nie takiej leszkomillero-ryśkokaliszo-rozenkopalikociej. Czyli Sanders, Corbyn, Warufakis, a w Polsce partia Razem.

Tutaj podobieństwa się oczywiście urywają. W Polsce Razem to ciągle margines, Sanders i Corbyn u siebie są już głównym nurtem. Nawet jeśli Clinton dostanie nominację, to jednak kosztem ubernienia swojego programu, a przynajmniej retoryki.

Pewnie mojego bloga czytają ludzie, którzy jeszcze nie do końca otrząsnęli się z jakiejś formy wiary w „trickle down” i na przykład uważają, że TTIP to dobry pomysł. Albo w jakiś wariant publicystyki Witolda Gadomskiego, że w samym zjawisku nie ma nic złego, bo ludzie powinni mieć jakiś azyl przed żarłocznym fiskusem.

To jeszcze raz, wyjaśnienie co w tym złego. W swojej książce z 2013 pisałem (za Shaxsonem), że pojęcie „raju podatkowego” jest tak naprawdę mylące. Nie chodzi tam o ucieczkę przed podatkami, chodzi o ucieczkę przed ewidencją.

W normalnych warunkach człowiek (lub korporacja), która obraca dużymi sumami pieniędzy niewiadomego pochodzenia, szybko przyciągnie uwagę prokuratora. Raj podatkowy to sposób na legalizację tych sum.

Dlatego mylą się ci, którzy myślą, że Polska mogłaby (czy wręcz: powinna) sama stać się rajem podatkowym po prostu obniżając podatki. Raj podatkowy tworzy ktoś inny, jakiś większy partner, który z jakichś przyczyn mówi mniejszemu partnerowi (zwykle uzależnionemu politycznie) „będę przymykać oko na twoją nierzetelną księgowość wobec moich elit”.

Dlatego rzadko zdarzają się „raje podatkowe ogólnego przeznaczenia”. Gabon to raj dla elit francuskich. Cypr dla rosyjskich. Antyle Holenderskie to sposób na pranie pieniędzy płynących między USA a Unią (dlatego tak je lubią cyberkorpy) – i tak dalej.

Ponieważ kluczowy tutaj jest brak transparentności i rzetelnej ewidencji, nie można wierzyć ludziom, którzy mówią, że nie chcieli w Panamie zrobić nic złego, ot tak po prostu mieli jakiś pomysł biznesowy. Musielibyśmy im uwierzyć na słowo, że byli gotowi słono płacić za ukrywanie swoich przychodów… właściwie nie wiadomo po co.

Ja już prędzej uwierzę Piskorskiemu, że miał tyle szczęścia w ruletce.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz