Dziesięć lat wsród kurdli i ośmiołów

Pierwszy sierpnia to dla mnie osobista rocznica (jeśli ktoś chce poznać mój lewacki punkt widzenia na Powstanie Warszawskie, oto link do starej notki; nie będę się powtarzać). Dziesięć lat temu zacząłem blogować, pozwolę sobie więc dzisiaj na odrobinę nostalgii.

To była ta zupełnie pierwsza notka – wyjaśniająca, dlaczego chcę mieć zielono na czarnym. Wszystko to już jest deczko nieaktualne, wersja mobilna i tzw. „nowy blox” i tak olewają kustomowe ustawienia.

Usilne ich lansowanie przez Agorę sugeruje, że – in the immortal words of Colargol – już najwyższy czas opuścić ten las. Blogi umierają, wszystko przechwyciły Twitter z Fejsem.

Myślałem nawet, że dziesiąta rocznica będzie fajnym momentem na Pożegnanie z Czytelnikami. Ale blogów się tak raczej nie zamyka. Po prostu człowiek w pewnym momencie odkrywa, jak parę lat temu zrobił to pewien wybitny szczeciński prozaik, że już mu się nie chce…

EDIT: holi muddafakkin krap, blog MRW się poruszył 10 dni temu! It’s alive!

No więc jednak jeszcze nie dziś. Sorki. Acz dużo tu zależy od tego, ile czego mi się będzie chcieć w nadchodzących miesiącach.

Zdecydowałem się na blogowanie za poprzedniego Kaczyńskiego. Czułem się wtedy równie bezsilny, jak dziś. To mnie motywowało: „przynajmniej ich na blogu obśmieję!”.

Wtedy również prawica była potęgą w Internecie, zwłaszcza na forach i blogach Agory. Najstarsi komcionauci pamiętają te obawy, że kiedyś mojego bloga w końcu odkryją Galba i Kataryna i się tu zalęgną w komentarzach.

Też się tego bałem, więc nieustannie czuwałem z plonkownicą. I zgrabny kopenwdupen, którym ich oboje stąd wykatapultowałem, do dzisiaj uważam za jeden z najfajniejszych momentów z dziejów bloga.

Poza tym – pojadę banałem – strasznie dużo się wydarzyło w moim życiu. Kiedy zaczynałem, miałem jedną rozgrzebaną książkę i właściwie już od pierwszej notki najbardziej nie mogłem się doczekać tej najważniejszej (wtedy dla mnie), która okazała się mieć tylko jedno zdanie!

Tysiąc lat później nie byłbym w stanie tak z marszu powiedzieć, ile tych książek już napisałem. To ciągle jeszcze (chyba) da się policzyć na palcach, ale musiałbym liczyć. Plus zapytać, czy liczą się akcje typu Book Rage.

Najbardziej w tych książkach żal mi Błędu Życiowego, za sprawą którego z Dobrze Się Zapowiadającego Autora Książek Podrożniczych przekwalifikowałem się na autora kolejnych tomów z serii „Zagrzebany w kwerendzie”. Nawet jak dostałem zamówienie na powieść, to jak ostatni idiota wymyśliłem se pomysł wymagający intensywnego riserczu.

Dziesięć lat temu czułem się może nie aż od razu młody, ale przynajmniej spoglądałem w przyszłość z optymizmem. Wydawało mi się, że najciekawsze jeszcze przede mną.

Przez te dziesięć lat faktycznie dużo się wydarzyło. W życiu bym na przykład w 2006 nie przewidział, że w 2012 zostanę działaczem związkowym Acz to jest mniej ekscytujące, niż sobie wyobrażacie: polega głównie na pisaniu pism typu „zgodnie z wyrokiem Sądu Najwyższego z dnia…”. A największe sukcesy to wyszarpanie paru tysięcy dla paruset osób oraz paru stów dla paru tysięcy osób.

O tym, co mnie czeka przez następne 10 lat, myślę już wyłącznie ze strachem. Zero nadziei. Lepiej już było.

I ten osobisty, egzystencjalny pesymizm przekłada się na moje postrzeganie spraw publicznych. W 2006 wszystko było takie proste – Unia jako najwspanialsze imperium w dziejach Europy, NATO jako sojusz, któremu nikt nie podskoczy!

Niech Cthulhu ma nas w swojej opiece wobec tego, co mi i Wam szykują nadchodzące lata.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz