Notka o polityce

Z komentarzy pod notką rocznicową wynika, że jednak najbardziej to wszyscy chcą, żebym pisał o polityce. Przypominam jednak, że brzydzę się polityką rozumianą tak, jak ją rozumieją serwisy typu „300 polityka”, więc proszę po mnie nie oczekiwać „dziennikarstwa opinii”. Macie od cholery innych miejsc w internecie na dyskusje typu „Schetyna to, Petru tamto”.

Wolę politykę na poziomie idei. Chyba nigdy tu nie pisałem o swoim światopoglądzie w konwencji cyklu „Szukając Absolutu (może być Finlandia)”, w którym wyrażałem swoje filozoficzne poglądy epistemologiczne, etyczne, eschatologiczne i antropologiczne. No to politykę walnę, w swoim ulubionym ujęciu historycznym.

Nowożytna politologia zaczyna się od „Lewiatana” Hobbesa. Autor, filozof i matematyk, będący świadkiem wojny domowej w Anglii, doszedł do oczywistego wniosku, że wojny domowe to zły czas dla filozofów, matematyków i właściwie wszystkich grup zawodowych, z wyjątkiem żołnierzy i bandytów (podczas wojny domowej nieodróżnialnych).

Uznał, że najlepszą alternatywą jest państwo potężne jak tytułowy biblijny potwór. Trzymając wszystkich za mordę, będzie nas przynajmniej chronić przed jeszcze gorszym losem, jakim jest permanentna wojna każdego z każdym.

Jeśli ruszymy choć jedną cegiełkę w strukturze społecznej, ryzykujemy, że wszytko się zawali. Dlatego każdy, kto chce coś zmienić, jest nieodpowiedzialnym szaleńcem, a w dodatku działa bezprawnie, bo ład społeczny zrodził się z przymierza, które lud zawarł ze swoim Suwerenem – tego przymierza nikt już potem nie ma moralnego prawa modyfikować.

Szczególnymi szaleńcami są ci, którzy chwalą wolność jednostki. Bo gdy jednostka uzyska wolność, będzie robić to, co chce robić najbardziej: krzywdzić bliźniego swego.

„Lewiatanem” Hobbes zapoczątkował nowożytną, świecką politologię. Przedtem autorzy piszący na ten temat albo odwoływali się do starożytnych, albo do teologii, albo do jakiejś mikstury. Hobbes używał argumentów rozumowych.

Wielu ludzi od razu odrzuciło jego rozumowanie (podpadł obu stronom wojny domowej, nie tylko republikanom – przeciwko którym kierował „Lewiatana”). Trudniej było znaleźć kontrargumentację równie mocną, jak logiczny wywód „Lewiatana”.

W następnym stuleciu udało się to filozofom szkockiego Oświecenia, którzy stworzyli filozofię liberalną (w odróżnieniu od konserwatyzmu, rozwijanego przez zwolenników Hobbesa). Adam Smith w „Teorii uczuć moralnych” napisał, że społeczeństwo wolnych jednostek nie musi popaść w hobbesowską „wojnę każdego z każdym”.

Wszyscy mamy naturalne uczucie do empatii (Smith nie używał tego słowa, bo wynaleziono je po stu latach, ale o to mu chodziło). Wolne jednostki nie potrzebują więc żadnego Lewiatana, żeby działać na rzecz wspólnego pożytku – empatia kieruje nimi niczym niewidzialna ręka.

Pewnie znacie cytat o „niewidzialnej ręce rynku”. Problem z nim jest taki, że to cytat z Balcerowicza albo Gwiazdowskiego, ale z pewnością nie jest cytatem ze Smitha.

On nigdy nie wyjaśnił, czyja jest ta ręka.Tak naprawdę uważał, że to ręka Opatrzności (tutaj szerzej to wyjaśniam), bo jak wielu filozofów swojej epoki, uważał wprawdzie osobowego Boga za coś w rodzaju „zbędnej hipotezy”, ale wierzył, że Bóg stworzył nas tak, żebyśmy sami z siebie dążyli do wolności i dobrobytu.

W Stanach liberalizm w ten sposób w prostej linii doszedł do dzisiejszego liberalizmu, będącego odpowiednikiem europejskiej lewicy. Po prostu empatią i emancypacją obejmowano kolejne grupy, przez „jacksonowską demokrację”, trzynastą poprawkę, dziewiętnastą poprawkę, New Deal i Freedom Summer aż po Lawrence vs.Texas.

W Europie to było bardziej skomplikowane, bo u nas to szło zygzakiem. W ciągu pół wieku przewalili się Robespierre, Napoleon, Fryderyk Wilhelm i Earl Grey.

Te zygzaki sprawiły, że z większą subtelnością patrzyliśmy na problem wolności jednostki. W Nadrenii, która zdążyła doświadczyć dwóch despotyzmów – wolnościowego (Napoleon) i konserwatywnego (Fryderyk Wilhelm), grupa przedsiębiorców powierzyła w 1842 pewnemu młodemu liberałowi redagowanie liberalnego czasopisma, „Rheinische Zeitung”.

Ten zauważył, że zasadniczy spór w społeczeństwie nie biegnie między zwolennikami i przeciwnikami wolności, ale między posiadaczami środków produkcji i całą resztą, która musi na tych posiadaczy zapierdzielać. Posiadacze ci tworzą różne ideologie, by ten miły ich kieszeniom stan usprawiedliwiać – arystokraci tworzą konserwatyzm, burżuazja liberalizm, ale oba sprowadzają się do tego samego przesłania dla mas: harujcie i morda w kubeł.

Liberał ów spopularyzował słowo „socjalizm”, którym dotąd posługiwały się głównie quasi-mistyczne sekty (w których działał m.in. Adam Mickiewicz). Oba ruchy ostatecznie oddzieliły się od siebie w 1848: w lutym liberałowie i socjaliści tworzyli wspólny, rewolucyjny rząd w Paryżu, w czerwcu już do siebie strzelali.

Jestem marksistą, bo też uważam, że nie ma ważniejszego konfliktu od konfliktu praca/kapitał. Z zasady jestem po stronie pracowników, nawet jeśli dany właściciel środków produkcji – Stoczni Gdańskiej w 1980 czy wegańskiej burgerowni w 2016 – będzie udawać, że ma coś wspólnego z lewicą.

Jednocześnie jestem jednak socjalistą demokratycznym. Rozumiem argumenty Smitha, a nawet Hobbesa. Wolę pokojowe dogadywanie się od rewolucji czy wojen domowych.

Jestem tyleż pod wpływem Marksa, co amerykańskich liberałów, których książki w dużym stopniu ukształtowały mój światopogląd. No to tyle Absolutu na dzisiaj, cheers.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz