Casteilcorbon nie istnieje

W ramach kryzysu wieku średniego często ostatnio wracam do dziecinnych fascynacji. Zeszłoroczne wakacje przypomniały mi powieść czytaną w dzieciństwie, którą udało mi się zidentyfikować przy pomocy facebookowych znajomych, a jeden z nich (tu głębokie ukłony) nawet mi ją podarował.

„I don’t know why this book isn’t still famous” – powiedział Michael Rosen w wywiadzie dla „Guardiana”. Wyguglałem ten wywiad w dość rozpaczliwej próbie dowiedzenia się CZEGOKOLWIEK o książce lub jej tajemniczym autorze.

Wy też spróbujcie. Moje próby prowadzą głównie do odkrycia, że nikt nic nie wie, choć dwukrotnie (w 1959 i w 1987) w Wiekiej Brytanii adaptowano tę powieść na serial telewizyjny.

Nakłady są wyczerpane (we wszystkich językach). Cena angielskiego hardcovera pod wpływem wywiadu z Rosenem wzrosła do 67 funtów. Mój polski hardcover oczywiście nie jest na sprzedaż!

Akcja powieści dzieje się na początku lat 50. (zapewne w czasach współczesnych autorowi) w fikcyjnym miasteczku Casteilcorbon położonym w rejonie Roussillon, zwanym przez separatystów „Katalonią Północną”. Stąd zresztą mnie naszło na te wspomnienia, bo wakacje spędzałem mniej więcej w pobliżu.

Roussillon jest częścią Francji od traktatu pirenejskiego z 1659. Jak wiadomo, w traktacie był błąd, z powodu którego pobliskie miasto Llivia do dzisiaj stanowi hiszpańską eksklawę, otoczoną zewsząd przez Francję. Kiedyś swoją drogą chciałbym poczytać, jak to działało za czasów Franco.

Miejsce ma znaczenie dla akcji. W średniowieczu ten teren przechodził z rąk do rąk, po czym zostało tam (naprawdę!) wiele wspaniałych zamczysk, na które tubylcy zdają się nie zwracać większej uwagi. Za to turyści fotografują to wszystko jak podupceni.

Powieściowe miasteczko rozrosło się wokół jednego z takich zamków. Jego nazwa to zniekształcone katalońskie „Zamek Kruków”. Autor opisuje historię tej miejscowości tak drobiazgowo, że musiał się wzorować na jakimś prawdziwym mieście.

W tej fortecy barykaduje się grupa trzynastoletnich chłopców, niesprawiedliwie oskarżonych przez swojego nauczyciela o kradzież miodu z jego ula. Jak to w kryminale, prawdziwego sprawcę kradzieży widzimy na samym początku, ale nie zwracamy na niego uwagi – gdy sprawa się wyjaśnia w finale, byłem jednak zaskoczony. I jako dziecko, i jako pięćdziesięciolatek.

Dopiero jako dorosły mogłem w pełni docenić gorzką ironię autora, który dziecięcą zabawę w szlachetnych rycerzy zderza z hipokryzją i zepsuciem świata dorosłych. Największym łajdakiem wśród dorosłych okazuje się dziennikarz lokalnej gazety „Echo Perpignan” (a zarazem jej naczelny, wydawca i jedyny pracownik), który jako pierwszy spoza miasteczka dowiaduje się o tej aferze.

Jako dziecko nie zwróciłem na to uwagi, ale teraz byłem przekonany, że autor ironicznie w tej postaci portretuje samego siebie. Dopiero jako dorosły zachwyciłem się też przedziwną inwokacją, od której książka się zaczyna.

Autor zwraca się w niej do przyjaciela, z którym planowali to napisać wspólnie, gdy razem mieszkali „między Rodanem a Saoną” (czyli: w Lyonie). Chcieli „odnaleźć w niej zapał lat naszych szkolnych, a może ównież ową wiarę w naszą przyszłość pisarską – wiarę, której wyzbywaliśmy się stopniowo, po trochu, jak Jaś i Małgosia znaczący kamyczkami leśne drożki”.

Z niewyjaśnionych przyczyn Gil Buhet musiał to w końcu napisać sam. „Już na pierwszym postoju dałeś mi znak, żebym odbywał sam dalszą drogę”. Chciałbym coś więcej przeczytać o biografii obu pisarzy, ale to rzeczy nieznane guglowi. Help, hilfe, oskur?

Jako dziecko po raz pierwszy zetknąłem się w tej książce z fenomenem francuskiej wielokulturowości. Nie ma tu jeszcze Arabów, ale są uchodźcy z pobliskiej Hiszpanii. Wykolejeni, zalkoholizowani, pozostawieni własnemu losowi i obwiniani przez otoczenie za swoją nędzę – jak to uchodźcy.

Choć bohaterowie rozumieją się nawzajem, mówią do siebie różnymi językami. Polska tłumaczka Maria Leśniewska pozostawiła wtręty katalońskie w oryginale (acz wyjaśniła je w przypisach).

Pamiętam jednak swoje zdumienie jako dziecka, że we Francji pod tym względem jest inaczej niż w Polsce. Zastanawiałem się: jak to jest, żyć w kraju, w którym współistnieją różne języki?

Do dzisiaj, gdy w podróży natknę się na napis w jakimś odjechanym języku romańskim – weneckim, langwedockim, prowansalskim – z dziecinną ekscytacją, która doprawdy nie przystoi starszemu panu, próbuję go zrozumieć. To przez sentyment do tej książki, która ogólnie na kryzys wieku średniego działa kojąco, jak zimne piwo na kaca.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz