Wolność w internecie i inne ecie-pecie

Tydzień temu zaprosiłem do TOK FM Jarosława Lipszyca do dyskusji o unijnej inicjatywie, którą tzw. „obrońcy wolności w internecie” nazywają „nowym ACTA”. Kierując się – jak to ja – swoimi stereotypami, automatycznie zakładałem, że Lipszyc, który kiedyś protestował przeciwko ACTA, teraz też będzie przeciw.

Otóż nie był. W rozmowie tak bardzo się zgadzaliśmy, że aż czułem niedosyt – jak po flejmie, który wygasł ze względu na brak rozbieżności.

Tuszę, że blogobywalcy gdzieś już usłyszeli główne zastrzeżenia przeciw regulacji. Że mianowicie serwisy społecznościowe będą zobowiązane do wprowadzenia systemów automatycznie usuwających treści pirackie, a agregatory newsów będą musiały płacić firmom medialnym za licencję.

Obrońcy wolności mówią, że to oznacza „śmierć memów” (zazwyczaj wszak wykorzystujących kradzioną grafikę) oraz „koniec internetu jaki znamy”. Oba te hasła bawią mnie na tyle, że aż robię szyderczą blogonotkę.

Co roku mamy „koniec internetu jaki znamy”, bo internet się ciągle zmienia. Internet był zupełnie inny w 2006, kiedy zaczynałem blogować. A jeszcze inny w latach 90., kiedy w ogóle nie mówiono o „blogowaniu”.

Z mojego punktu widzenia, to były ciągłe zmiany na gorsze. Nie lubię obecnego internetu. Gdy go widzę, przypomina mi się słynny cytat ze Stanisława Lema: „erem merem tytyrytki, giń potworze boś ty brzydki”.

Jeśli w wyniku unijnej regulacji zdechną memy, to sam zapalę świeczkę na grobie Schumana. To byłaby jedna z najlepszych rzeczy, jakie dała nam Unia.

Pamiętam Internet bez memów. Da się żyć. Nie będę po nich płakać.

Niestety, pewnie wcale nie zdechną, tylko ich twórcy będą musieli pilnować licencji. Brać sobie obrazki z Creative Commons, albo z watermarkiem „Getty Images”. Dadzą sobie radę (mój przyjaciel Łajdefak Szudajgiwedamn już naszykował chusteczki, by płakać nad ich ciężkim losem).

Nie wierzę, żeby internauci chcieli na większą skalę stawiać opór przeciwko tym regulacjom. Historia powszechnego dostępu do internetu to dwie dekady nieustającej zgody na ograniczanie wolności.

Ilekroć internauci dostają propozycję typu „zabierzemy wam trochę wolności, ale w zamian damy wam emotki z animowanymi minionkami”, krzyczą w odpowiedzi „serduszko.gif”.

Nasze technologiczne przesiadki ostatnich lat, z ajpoda na spotifaja, z maila na mesendżera, z lokalnych backupów na chmurę, z blogów na fejsa, z otwartego WWW na aplikacje na smartfonie, były przesiadkami w stronę zniewolenia. Narzekałem, zrzędziłem, ostrzegałem, #mamotymksiazke: na próżno.

Nie będę teraz rozpaczać, że stracimy wolność w Internecie. Już dawno ją straciliśmy, a tak naprawdę nigdy jej nie mieliśmy. Od dawna jesteśmy zdani na łaskę i niełaskę kartelu GAFA (Google / Apple / Facebook / Amazon).

Tym razem nie będzie żadnych protestów, bo protesty przeciwko ACTA nie były spontanicznym buntem internautów. To bajka, ktorą media same sobie opowiedziały i w nią uwierzyły, jak to media.

Protesty zainicjowały amerykańskie korporacje (głównie Google), które broniły swojej monopolistycznej pozycji. Nie musicie mi wierzyć na słowo, możecie przeczytać książkę entuzjasty tych protestów, Edwarda Lee. Sam Lipszyc ją reklamował na Fejsbuku (bo tam występuje).

Edward Lee przedstawiał te protesty jako ruch oddolny („grassroots movement”), ale z jego własnego opisu wynika, że zaczęły się od koordynacyjnego spotkania 9 listopada 2011, które NGO sponsorowany przez Google’a zorganizował w pobliżu siedziby Google’a, a na spotkanie zaproszono przedstawicieli Google’a i innych NGO’sów sponsorowanych przez Google’a.

W Polsce protesty zbiegły się z nieudaną wojną rządu Tuska z kibolami, którzy skorzystali z okazji. To dlatego protesty miały oprawę stadionową („kto nie skacze”).

Obecna regulacja jest uzgodniona z lobbystami GAFA, więc nie będzie „strajków internetu”. Obecna władza dobrze żyje z kibolami, ci też więc tym razem się nie zainteresują. Jeśli więc będą jakieś protesty, to będą wyglądały jak pamiętna demonstracja korwinistów przeciwko podatkom.

W „nowe wolnościowe media na blockchainie” też nie wierzę. Problem nie leży w technologii. Wolnościowe media JUŻ MIELIŚMY, ale sami się przesiedliśmy na fejsa i jutuba. W pewnym sensie nadal je mamy, ale z jakiegoś powodu nikogo tam nie ma.

Ciekawe z jakiego? Zamyslonyminionek.gif.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz