Na srebrnej tacy

Jest taki słynny webcomic o żywotach równoległych Richarda i Pauli. Na początku wyglądają praktycznie jednakowo, jak to niemowlęta.

Ale rodzice Richarda dają sobie radę w życiu, rodzice Pauli niespecjalnie. W efekcie Richard dzielnie pnie się po kolejnych szczeblach edukacji, wspierany przez portfele i znajomości rodziców, a Paula sama walczy z kolejnymi przeszkodami.

W finale spotykają się na jakimś bankiecie, urządzonym z okazji kolejnego życiowego sukcesu Richarda. Paula jest tam kelnerką, roznoszącą przekąski na srebrnej tacy.

Richard machinalnie bierze przekąskę z tacy. Nie zwracając na Paulę najmniejszej uwagi, peroruje, że wszystko zawdzięcza swojej ciężkiej pracy i konkluduje „nikt mi niczego nie podał na srebrnej tacy”.

To niebezpieczne, kiedy przedstawiciele elit naprawdę szczerze uwierzą, że wszystko zawdzięczają sobie. Elity robią się wtedy wsobne, przestają uważać, że są cokolwiek winne społeczeństwu, interesuje je już tylko pomnażanie własnych przywilejów – czego klinicznym przypadkiem jest obrotowy Saryusz-Wolski.

Jestem tylko skromnym wyrobnikiem kątętu z średniej klasy średniej, ale daleki jestem od szalonej tezy, jakobym do wszystkiego doszedł sam. Urodziłem się w Warszawie, dorastałem w domu pełnym książek – to dostałem od bociana.

Potem musiałem skończyć studia, znaleźć pracę, potem drugą, potem trzecią, nauczyć się pisać, stać się autorem na tyle rozpoznawalnym, żeby mnie w końcu ściągnęli do „Wyborczej”, a potem żeby Znak zaproponował mi pierwszą umowę na książkę (itd), no ale to jasne, że było mi to wszystko łatwiej osiągnąć niż komuś urodzonemu w PGR.

Choć, oczywiście, mogło być jeszcze fajniej. Mogłem mieć takich naprawdę dzianych, ustosunkowanych rodziców, co to by mi załatwili zagraniczne stypendium. Albo studia na uczelni, w której czesne wynosi 25 000 euro rocznie, jak w Kolegium Europejskim w Natolinie.

Niczym komiksowy Richard, Rafał Trzaskowski konsekwentnie twierdzi, że wszystko zawdzięcza własnej pracy, równocześnie jednak mimochodem dodając wstawki o uprzywilejowanych przodkach i kosztownym wykształceniu. Wychodzi z tego nieintencjonalny komizm, z którego chichra się mój bąbelek na fejsie.

Wojciech Engelking na portalu podjął się próby obrony. I wyszło mu jeszcze śmieszniej.

„Kandydat PO na prezydenta Warszawy spełnia wszelkie wymagania, jakie bym postawił komuś, z kim miałbym ochotę zjeść kolację” – tak podsumowuje wywody Trzaskowskiego o studiach na Kolegium Europejskim w Natolinie, Rembrandcie i Morinie.

To jeden z moich największych lęków, gdy mnie zapraszają na Elegancką Kolację. Że mnie posadzą obok kogoś, kto by cały wieczór ględził o swojej elitarnej elitarności. Brrr!

Blur miał o tym piosenkę. „I met him in a crowded room / Where people go to drink away their gloom / He sat me down and so began / The story of a charmless man / Educated the expensive way / He knows his claret from his beaujolais (…) He thinks his educated heirs / Those family shares / Will protect him / That we’ll respect him…”

Engelking myli się podwójnie, zarzucając „młodej inteligencji”, że „nienawidzi inteligenckości”, której uosobieniem rzekomo ma być elitaryzm Trzaskowskiego. Przede wszystkim podstawowym elementem etosu inteligencji jest świadomość własnego uprzywilejowania i chęć odwdzięczenia się za to społeczeństwu.

Natrzaskano o tym sporo esejów. Mencwel! Jedlicki! Cywiński! Wolicki! Michnik! Część z tych esejów była dosyć głośna.

Swoją oryginalną interpretacją „wsobnego elitaryzmu jako inteligenckości” Engelking pokazuje, że ich nie czytał. Streszczę mu, jak gdzieś nas kiedyś posadzą obok siebie.

Drugi błąd dotyczy zarzutu stawianego elitom. Nie, nie chodzi – jak twierdzi Engelking – o to, żeby przepraszały za pochodzenie.

Chodzi o to, żeby potrafiły przyznać, że nie wszystko zawdzięczają swojej ciężkiej pracy. Że sporo wygrały na loterii bocianiej. Ja to potrafię przyznać, choć wygrałem znacznie mniej, zwykłe UW, żaden tam Natolin.

Żeby nie byli jak bohater piosenki Blur, albo jak Richard z komiksu Toby’ego Morrisa. Żeby zauważyli podsuniętą im srebrną tacę. A może nawet i kelnerkę, która ich obsługuje.

Choć tu już może wymagam zbyt wiele.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz