Amerykański sen w Albuquerque

Dawno nie było na blogu nic o popkulturze, bo fejs to świetny format do bieżących rozmów o serialach, grach, muzyce, książkach itd. I tylko o polityce wolę tutaj.

Pod pretekstem kolejnego sezonu serialu „Better Call Saul” – prequela do genialnego „Breaking Bad”, zrobię wyjątek. Oba seriale analizowano pod wieloma kątami (sam mistrz Dukaj trzasnął essay o „BB” jako moralitecie!), a mnie fascynuje w nich temat amerykańskiego snu.

Fascynuje mnie po prostu sam ten sen (stąd choćby różne moje projekty książkowe). Nie miałem wprawdzie fazy „nastoletniego korwinizmu”, ale jako dziecko byłem zafascynowany amerykańskim stylem życia takim, jak go rozumiałem piąte przez dziesiąte z filmów i seriali pokazywanych w TVP z lat 70.

Część była w miarę aktualna („Pogoda dla bogaczy”), część już wtedy archiwalna (komedie romantyczne z Doris Day). Wyłonił mi się z tego obraz kraju, w którym Każdy Ma Szansę.

To ważny element ówczesnej amerykańskiej automitologii: że ich kraj to „land of opportunity”. Każdy ma tam nie tylko szansę, ale i drugą szansę (jeśli poprzednią zmarnował przez błędy młodości).

Prawdziwość tego mitu zdawały się potwierdzać opowieści krewnych, którzy tam wyemigrowali. Czasem przyjeżdżali, wyglądając i pachnąc jak przedstawiciele wyższej cywilizacji, częstując nas, dzieciaki, gumą Wrigley i batonikami Hershey.

Pokazywali zdjęcia swoich domów (!), przed którymi parkowali swoje samochody (!!) piękniejsze niż oczy szatana. Dodawali przy tym (zapewne zgodnie z prawdą), że wszystkiego dorobili się od zera.

Dziś oczywiście wiem, że społeczny optymizm bijący i z relacji wujków z USA, i z musicali z Frankiem Sinatrą, brał się z powojennego boomu. A i wtedy zapewne lepiej było od zera dorabiać się w Europie, z jej siatką bezpieczeństwa, zapewniającej REALNĄ drugą szansę.

Wydaje mi się, że najważniejszą zmianą w Ameryce po upadku Lehman Brothers było uświadomienie sobie, że amerykański sen już nie działa. A może nigdy nie działał. To uczucie jest wspólne dla elektoratów Trumpa i Sandersa.

„Breaking Bad” był wtedy między pierwszym a drugim sezonem. Pierwszy wyglądał trochę jak czarna komedia, a dziwne powiązania Waltera White’a z zagadkową firmą chemiczną, którą kiedyś współzakładał („Gray Matter”) sugerowały, że to wszystko może pójść w kierunku „Archiwum X”.

Dopiero w drugim poznajemy mecenasa Goodmana, firmy Pollos Hermanos i Madrigal GmbH, Gusa i Mike’a, wyliczenia dotyczące finansów Walta, rozmach działania kartelu z Juarez. Poznajemy geopolityczny kontekst czarnego rynku w Albuquerque.

Zwolennik Trumpa powie, że to seriale o potrzebie oddzielenia Ameryki murem od kartelu z Juarez oraz o odtworzeniu amerykańskiego snu z lat 50. Zwolennik Sandersa, że „BB” jest o potrzebie darmowej opieki medycznej, a „BCS” o potrzebie darmowej edukacji.

Serial jednak wymyka się prostym interpretacjom (uwaga, umiarkowane spojlery!). Kartel z Juarez ulega totalnej anihilacji, ale jego miejsce zajmują tylko jeszcze potworniejsi przestępcy – bo popyt na narkotyki zawsze wytworzy jakąś podaż, nie można tego zwalczyć, można tylko próbować cywilizować.

Parodią systemu wartości Ameryki z lat 50. są wypowiedzi Hanka Schradera, szwagra Waltera White’a. Schrader to postać w zasadzie sympatyczna, ale jednocześnie rasista i seksista. Powrót do tamtej „złotej ery” oznaczałby powrót do dawnej dyskryminacji, bo to wszystko jest w jednym pakiecie.

Seriale nie pasują też do pozytywnej utopii lewicowej. Od piątego odcinka wiemy, że problem Waltera White’a nie leży w samym tylko braku pieniędzy, te mógłby dostać od swojego dawnego wspólnika, ale nie chce. To kwestia dumy, woli być królem podziemia niż giermkiem na legalu.

Podobnie z karierą Jamesa McGilla w „BCS”. Serial się jeszcze nie skończył, więc kiedy piszę te słowa, jeszcze nie wiemy, jaki to Grande Finale Piątego Sezonu ostatecznie przekształci go z „chaotic neutral” w mafijnego consigliere.

Ale już widać, że Jimmy też mógłby zrealizować amerykański sen, gdyby nie jego patologiczna duma i ciągoty do autodestrukcji. On przecież nawet zrealizował amerykański sen: miał narożne biuro, osobistego asystenta i zarobki adekwatne do stanowiska, ale sam to wszystko niszczył.

Niektóre lewicowe utopie odwołują się do przekonania, że człowiek jest z natury dobry. Ja w to nie wierzę. Wierzę w rezydentne zło w naszej naturze. I socjaldemokratyczne państwo opiekuńcze uważam po prostu za najlepsze rozwiązanie na trzymanie tego zła pod kontrolą.

Mit „amerykańskiego snu”, o karierze od pucybuta do milionera, może przemawiać do dziecka. Ale nastolatek powinien z tego wyrosnąć.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz