Heros korpoludków

Zmęczony dysputą teologiczną, znów napiszę coś o popkulturze. Tym razem o Jo Nesbo, bo odczuwam niedosyt pisania o nim zawodowo.

Postaram się nie spojlerować, bo chcę przemówić do tych, którzy się zastanawiają, czy warto zaczynać przygodę z Jedenastoma Grubymi Cegłami. Ale mile widziana będzie Kompetentna Dysputa z udziałem tych, co je znają.

Otóż warto – bo nordycki thriller to jak niegyś szwajcarski zegarek. Kraj pochodzenia to znak jakości. A Jo Nesbo w tym gatunku to mistrz nad mistrze. Jak on pisze thriller, nie ma wuja w fiordzie.

Mistrzostwo wypracowywał stopniowo. W cyklu o Harrym Hole dwa pierwsze tomy są przeciętne, dopiero od trzeciego widać geniusz.

Przeciętne jak na nordycki kryminał – a więc nadal dobre, w końcu gdyby się źle sprzedały, nie byłoby zamówień na następne. Czytanie od początku jest więc jedną z opcji.

Przemawia za nią to, że te powieści są podatne na spojlery. W TYCH POWIEŚCIACH KAŻDY MOŻE ZGINĄĆ.

Tu nie ma takiej licencji jak w innych kryminałach, że – dajmy na to – sympatyczny sidekick albo odwieczny antagonista musi dożyć następnego tomu. U Conan Doyle’a śmierć doktora Watsona czy inspektora Lestrade’a byłaby nie do pomyślenia.

Jo Nesbo by ich nie tylko zabił, ale jeszcze rozegrał to fabularnie. Przez trzy tomy Holmes by szukał zabójcy Lestrade’a i odkryłby, że to Watson (itd.)

Kilka powieści zmierza w kierunku, którego logicznym zakończeniem byłaby śmierć Harry’ego. Już to, że nadal żyje, jest spojlerem. Sama lista bohaterów jedenastego tomu spojluje poprzednie dziesięć.

Ja zacząłem od „Pierwszego śniegu” (2007). To siódma powieść o Harrym Hole i najlepsza w całym cyklu, jeśli chodzi o klasyczny thriller o seryjnym mordercy.

Mówiąc krótko, NAPRAWDĘ SIĘ BAŁEM. To nie byle co, wytrącić ze zblazowania takiego wypalonego krytyka jak ja.

Powieść niestety ma kiepską adaptację. Jeśli ktoś oglądał film, to nie zdziwi mnie jego reakcja typu „nie rozumiem, o co tyle szumu”. A z kolei wszystko ma tak zaspojlowane, że nie wiem, czy teraz ma sens czytanie książki.

Najwybitniejszy literacko wydaje mi się tom trzeci „Czerwone gardło” (2000), ale ten jest z kolei najbardziej odległy od konwencjonalnego thrillera. Narracja toczy się się równolegle we współczesnej Norwegii (gdzie Harry Hole śledzi neonazistów planujących zamach terrorystyczny) i podczas drugiej wojny światowej, wśród ochotników Waffen SS na froncie wschodnim.

W dużej części jest to więc panoramiczna powieść wojenna, której akcja przenosi się spod obleganego Leningradu, przez wojenny Wiedeń do bombardowanego Hamburga. Narracji wojennej towarzyszy pewna zagadka, która łączy się ze współczesnym śledztwem, a w finale Wszystko Się Wyjaśnia.

Dwie pierwsze powieści pisane było z zastosowaniem narratora w trzeciej osobie, ale jednak subiektywnego (wiedzącego tyle, ile wie Harry). W „Czerwonym gardle” pisarz po raz pierwszy użył narratora wszechwiedzącego, który celowo zwodzi czytelnika.

Te narracyjne gry stały się specjalnością prozy Jo Nesbo. Dzięki nim może pokazywać sceny samych zbrodni, z punktu widzenia ofiary lub sprawcy.

Te sceny najsilniej zapadają w pamięć. Po pewnym czasie z trudem sobie przypominasz, kto właściwie był zabójcą, ale dokładnie pamiętasz ostatnie minuty życia jakiegoś nieszczęsnego Svena Umlautssona, plastycznie opisywane przez kilkadziesiąt stron.

Przyjemność z czytania literatury sensacyjnej częściowo polega na tym, że pozwala nam względnie bezpiecznie rozważać najważniejsze pytanie, jakie w ogóle możemy sobie zadać (i dlatego go unikamy): jak będą wyglądały moje ostatnie minuty.

Szpital? Własne łóżko? Kartonowe pudło pod mostem? Koziołkujący samochód? Ruiny bombardowanego miasta?

Wiadomo jedno: nie padniemy ofiarą seryjnego mordercy, który planuje zbrodnie tak, żeby się układały na mapie Oslo w pentagram (tom piąty, 2003). Zawsze-ć to jakaś pociecha.

Z różnych wypowiedzi Jo Nesbo wynika, że swojego wypalonego detektywa wymyślił w Australii (tam się dzieje akcja pierwszego tomu, „Człowiek nietoperz”, 1997), do której wyjechał odpocząć od zawrotnych sukcesów, które odnosił jako finansista i gwiazdor muzyki pop. Wydawca zamówił autobiografię, a dostał thriller.

Jeśli to prawda, to powieści o Harrym są jakby tęsknym listem miłosnym do pozycji klasowej na naszym ulubionym szczebelku MMC, z którego Jo Nesbo odfrunął hen hen, ku wyżynom celebryctwa ok. 35 roku życia. Ale tęsknił, bo do niewątpliwych zalet MMC należy to, że możesz spokojnie sączyć piwo U Schroedera i żadna cholera nie będzie ci robić zdjęć.

Już od pierwszego tomu zwrotne momenty często dzieją się na zebraniach albo podczas ploteczek przy służbowym ekspresie z kawą. W jednej z powieści ten ekspres zresztą… ale miało nie być spojlerów.

Od drugiego tomu („Karaluchy”, 1998) antagonistami Harry’ego są nie tylko przestępcy, ale także karierowicze z rządu i z policji: utrudniający mu śledztwo i manipulujący nim dla swoich celów. Detektyw nie umie lub nie chce grać w ich grę, jego interesuje tylko złapanie zabójcy.

Harry Hole jest więc spełnieniem marzeń każdego korpoludka. Czy to w cztery oczy, czy to na zebraniu, zawsze potrafi szefowi szczerze wypalić, co o tym wszystkim myśli, zupełnie nie dbając o karierę.

Ta więc powinna się skończyć już w pierwszym tomie – i w pewnym sensie tak jest. Na początku widzimy Harry’ego odsuniętego od śledztw i zesłanego do Australii, żeby tam zniknął ludziom z oczu i wykonał papierkową robotę związaną z transportem zwłok norweskiej obywatelki.

Dziesięć tomów później widzimy Harry’ego od dawna poza policją, ale nakłonionego szantażem do rozwikłania śledztwa, z którym policja nie może sobie poradzić. Nie liczyłem, ale książki, w których Harry Hole prowadzi rutynowe śledztwo w ramach regularnych obowiązków, są chyba w mniejszości – zazwyczaj go przekupują/zmuszają/okłamują, a on coś i tak robi po swojemu.

Głównym karierowym problemem Harry’ego jest nawet już nie jego wieczna niesubordynacja, ale alkoholizm (właściwie za to go wywalili na samym początku). Przez większość książek jest tzw. niepijącym alkoholikiem, ale zazwyczaj mamy choć jedną scenę, w której Harry pęknie i popłynie.

Czekamy na te sceny tak, jak w „Panu Samochodziku” na kolejną demonstrację możliwości wehikułu. Zazwyczaj są epickie, przy czym nie ma tu w ogóle „glamoryzacji” nałogu, przeciwnie, cały czas wszechwiedzący narrator podkreśla, że Harry bardzo przy tym cierpi.

Za nas wszystkich, siedzących cicho na zebraniach.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz